Wiersze SERWIS MIŁOŚNIKÓW POEZJI GRUPA AUTORÓW BEJ

logowanie
Zaloguj
Nie pamiętasz hasła?
Szukaj

Już tylko nic

I

Nazywam się Maksym Kriwonienko. Mam 35 lat i służę w tajnej jednostce wojskowej, która zajmuje się przygotowywaniem terenu do testów jądrowych. Mieszkam z żoną Marią i naszą pięcioletnią córeczką Iriną, w mieścinie Biełuszja Guba na archipelagu Nowa Ziemia, leżącym pomiędzy morzami Barentsa na zachodzie i Karskim na wschodzie. Dodam, że wschodni brzeg archipelagu jest umowną granicą Europy i Azji, ciągnącą się przez całą długość masywu Uralskiego i archipelag jest jego górzystym przedłużeniem.
Miasteczko jest jedynym stałym osiedlem na tym księżycowym odludziu, nie licząc oddalonego 9 kilometrów na północ wojskowego lotniska Rogaczewo i niewielkiej populacji, Nieńców, którzy na początku lat 50-tych nie dali się przesiedlić w głąb ZSRR i pozostali na tym niegościnnym terenie, prowadząc na pół koczowniczy tryb życia jako myśliwi i rybacy.
Biełuszja Guba, to niewielka osada typu miejskiego z około dwoma tysiącami mieszkańców, głównie personelem wojskowym i badawczym, i ich rodzinami. Powstała w 1954 roku w związku z poligonem atomowym oddalonym o 150 kilometrów na południe o wdzięcznej nazwie Cziernoja Guba i powstałym niedawno, wysuniętym z kolei 250 kilometrów na północ poligonem o również wdzięcznej nazwie Suchoj Nos (jego nazwa wzięła się od półwyspu o charakterystycznym ostrym kształcie) usytuowanym na wyspie północnej, która od południowej oddzielona jest wąską cieśniną Matoczkin Szar, a w zasadzie fiordem, który po prostu przebił się przez całą szerokość wyspy. Tak naprawdę to cały archipelag jest jednym wielkim poligonem.
Mamy tutaj klimat okołobiegunowy i tam gdzie nie ma lodu – występuje w zasadzie tylko roślinność tundrowa i szaro-brunatne skały. W miasteczku dość częstymi gośćmi są lisy, bądź niedźwiedzie polarne. Przechadzają się spokojnie niekiedy po naszej głównej ulicy, nie wzbudzając większego zainteresowania. To chyba jedna z nielicznych atrakcji tego paskudnego miejsca, oczywiście poza wybuchami nuklearnymi rozświetlającymi najczęściej jednolicie szare niebo.

Jest koniec października 1959-go roku i zaczyna padać mokry śnieg. Zimy mamy tutaj mroźne i długie od listopada aż do kwietnia. Wiosna trwa tylko przez maj i czerwiec, a lato przez lipiec i sierpień. Reszta to ponury czas szarego pochmurnego nieba, przesiąkniętego deszczem i śniegiem.
Dzisiaj kończy mi się urlop. Już jutro wracam do jednostki. Wsiądę do ciężarówki i pojadę na północ. Do miejsca, w którym będę sprzątał razem z kolegami z jednostki po-atomowe odpady. Pojadę na północ, gdzie znowu powstanie jakiś nowy trzystumetrowej średnicy krater. Amerykanie robią to samo, co my, więc – musimy być od nich lepsi, bo człowiek radziecki jest zdolny do wszystkiego. Jeśli oni wyrąbią w ziemi krater o czterystumetrowej średnicy, to my – pięćsetmetrowej itd. Robimy te atomowe dziury w ziemi w imię pokoju, bo człowiek radziecki kocha pokój ponad wszystko i będzie się o niego bił do ostatniej kropli krwi.
Mieszkamy z żoną w czteropiętrowym bloku. Jest ich tutaj sześć. Nie mamy telewizji ani radia, ani telefonu. Podobno mają to wszystko założyć w przyszłym roku, podobno. Ale mamy w mieszkaniu prąd, ciepłą wodę i gaz z butli. Wszelkie potrzebne rzeczy dowożone są tutaj statkami albo samolotami. Nie ma innej drogi. W miasteczku mamy cerkiew, szkołę podstawową, przedszkole, szpital wojskowy, zakład fryzjerski, studio fotograficzne i trzy sklepy spożywcze. W przyszłym roku mają podobno zacząć budować kino i dwa hotele. Będzie dobrze. Musi być dobrze.

Budzi nas o 7 rano mleczarz, zostawiając pod drzwiami butelkę mleka. Zawsze przychodzi do nas mleczarz i zawsze mamy na śniadanie mleko. Irina bardzo lubi mleko, takie gorące z dodatkiem margaryny. Bo u nas w miasteczku nie ma masła, jest tylko margaryna w takim opakowaniu z żółtym i uśmiechniętym słońcem i to chyba jest jedyny uśmiech w tym miejscu, bo wszystko jest wokół szare. Szare niebo, blokowce, szare ubrania ludzi (w większości są to mundury żołnierzy) i szare samochody, terenowe łaziki należące do wojska. Nikt inny tutaj nie jeździ samochodem osobowym. Nie ma też autobusów, ani trolejbusów. Nasze miasteczko jest bardzo małe i nie potrzeba komunikacji miejskiej. W następnych latach ma być rozbudowywane. Ma być pięknie. Musi być pięknie.

Jak każdego dnia o 8 rano wychodzimy z Marią, odprowadzając Irinę do przedszkola, a potem idziemy do zakładu fryzjerskiego, bo Maria pracuje jako fryzjerka. Maria przed wyjściem z domu miała bardzo smutne oczy, chyba płakała. Pyta się mnie, co będzie dalej, odpowiadam, że będzie dobrze. Musi być dobrze. Pod zakładem fryzjerskim prosi mnie, abym kupił kilka podstawowych artykułów żywnościowych takich jak, ziemniaki, słonina i cebula. Bardzo lubimy ziemniaki ze słoniną i cebulą. Maria często robi to na obiad. Czasami jemy kaszę, a czasami makaron. Ale najbardziej lubimy ziemniaki ze słoniną i cebulą, czasami z samą cebulą. Żegna mnie ze smutkiem w oczach. Maria pracuje do 17-tej potem wychodzę po nią i idziemy po Irinę do przedszkola. Idziemy wtedy, kiedy mam urlop, ale najczęściej Maria sama wychodzi po Irinę i robi zakupy. Wtedy, kiedy muszę być na północy i lać beton albo zbierać te cholerne po-atomowe odpady. Wyrzucamy je potem do pobliskiej zatoki. Od zeszłego lata nie pokazują się w niej biełuszki, czyli miejscowe foki. Zatoka chyba jest zatruta. Pewnie od tych odpadów. Ale musimy to robić dla pokoju na świecie, bo Związek Radziecki przecież kocha pokój ponad wszystko. Nie to, co Amerykanie, oni by tylko niszczyli, a my – musimy bronić świat przed zniszczeniem, nawet, jeśli padnie kilka fok biełuszek.

Idę do sklepu spożywczego po ziemniaki, słoninę i cebulę. Kupię też margarynę ze słońcem. Bardzo lubię to słońce. Po drodze mija mnie kilka wojskowych ciężarówek, które kołysząc się na boki taplają się w brudnym i mokrym śniegu, wpadając od czasu do czasu w kałużę. Jadą na północ, zawsze tam jadą. Ja też tam pojadę. Idę główną ulicą i mijam po obu stronach blokowce z dziwnymi zaciekami na ścianach i z gdzieniegdzie odpadającym tynkiem, pod którym widać czerwone cegły. Dawno nie remontowano blokowców. Mają to zrobić w przyszłym roku. Mają je załatać i odmalować, tak obiecał nam jeden z partyjnych notabli, który odwiedził nasze miasteczko miesiąc temu. Będzie ładnie. Musi być ładnie. Poza mijającymi mnie od czasu do czasu terenowymi UAZ-ami i przemykającymi tu i ówdzie żołnierzami, nie ma nikogo. Jest pusto, wietrznie i zimno. Pada coraz większy śnieg. Taki mokry śnieg. Lubię patrzeć na te płatki, jak wszystko równo pokrywają. Nieczęsto tu świeci słońce, więc idę do sklepu po margarynę, zobaczyć ten uśmiech, jakże rzadki w naszym miasteczku.

Wracam z zakupami do domu. Po drodze mijam dwóch żołnierzy, których znam z widzenia. Mieszkają w sąsiednim bloku po drugiej stronie ulicy. Stoją przy wejściu do klatki i palą papierosy. Machnęli mi na powitanie, zrobiłem to samo. Tutaj w zasadzie wszyscy się znamy, ale bez jakichś większych zażyłości. Każdy robi tylko to, co należy do jego obowiązków. Praca – dom, praca – dom…i tak w kółko. Czasami odechciewa się tego wszystkiego. Czasami chciałoby się uciec jak najdalej stąd, jak najdalej…
Wchodzę do swojego bloku. Idę po schodach na drugie piętro. Wyciągam klucz z kieszeni i wsuwam do zamka. Nawet zgrzyt zasuwy rozlega się jakoś bez przekonania. W przedpokoju odkładam torbę z zakupami. Zdejmuję płaszcz i wieszam go na wieszaku. Czapkę i szalik kładę obok na półce. Biorę zakupy. Idę do kuchni. Wyjmuję z torby margarynę i patrzę na nią chwilę. Krążę palcem wokół słońca. Podoba mi się. Bardzo mi się podoba. Wstawiam wodę i czekam aż się zagotuje, rozmyślając o jutrzejszym dniu.
Wyrywa mnie z głębokiej apatii pisk czajnika. Wsypuję do szklanki herbatę i zalewam wodą. Nie mamy w domu cukru. W sklepie też go nie mieli. Ale ja lubię herbatę bez cukru. Maria tak samo nie słodzi. Co innego Irina. Dla niej jest specjalny przydział na cukier. Dzieci lubią cukier. Lubią słodycze. Idę z herbatą do pokoju i siadam przy stoliku w fotelu. Poczekam aż herbata trochę ostygnie. Opieram głowę o oparcie i patrzę w okno. Widzę jak przesuwają się powoli te szare chmury. Jak snują się i wloką donikąd, bez jakiegokolwiek celu. Robi się coraz ciemniej, ale nie chcę zapalać światła. Mam jeszcze kilka godzin, aby pójść do zakładu fryzjerskiego po Marię. Potem pójdziemy razem po Irinę. Zawsze tak robimy, jeśli mam tylko kilka wolnych dni, jeśli mam urlop.
Patrzę na ten padający za oknem mokry śnieg. Co jakiś czas słyszę jak przejeżdża pod oknami jakaś ciężarówka albo terenowy łazik. Wszystko staje się coraz bardziej senne. Wszystko zaczyna jakoś dziwnie majaczyć, nawet wzory tapety na ścianach. Jestem tak bardzo śpiący. Tak bardzo…

Wyrywa mnie ze snu warkot przelatującego nisko śmigłowca. W pokoju jest już niemal całkowicie ciemno. Zapalam światło. Piję kilka łyków herbaty. Jest już zupełnie zimna. Pojedynczy gong ściennego zegara wybija 16.30. Muszę iść po Marię. Zakładam płaszcz, szalik i czapkę. Gaszę światło. Zamykam za sobą drzwi.
Na dworze ogarnia mnie przejmujący chłód. Śnieg zdążył już wszystko przysypać i skrzypi teraz pod nogami. Stawiam wysoko kołnierz i zagłębiam się w mrok, tylko gdzieniegdzie rozświetlony przez uliczną latarnię.
Maria już czeka na mnie przed zakładem. Uśmiecha się na mój widok i pyta się czy kupiłem ziemniaki, cebulę i słoninę. Uspokojona, bierze mnie pod rękę. Idziemy do przedszkola po Irinę. Musimy tylko przejść na drugą stronę ulicy. Jeszcze tylko pięćdziesiąt metrów i jesteśmy na miejscu. Irina jest już ubrana. Podbiega w holu do Marii. Przytula się i do mnie. Bierzemy ją za ręce.
Wracamy przez coraz bardziej sypiący śnieg, przez coraz bardziej skrzypiący pod nogami mróz.

W domu Maria szybko przygotowuje obiad. Jemy ziemniaki ze słoniną, popijając herbatą. Jemy w milczeniu. Tylko Irina trochę grymasi. Po obiedzie zmywam naczynia, a Maria, zajmuje się Iriną. Czyta jej bajkę. Jeszcze trochę i pójdziemy spać, bo musimy wstać wcześnie rano. Ja, wstanę o trzeciej w nocy, bo mają przyjechać po mnie o czwartej chłopcy z kompanii. Maria przytula się do mnie. Ma w oczach przejmujący smutek. Dzień się kończy. Za klika godzin znowu będziemy od siebie daleko. Tym razem aż na cały miesiąc. Ale musimy wytrzymać. Zawsze wytrzymywaliśmy. Przynajmniej do tej pory. Wtulamy się w siebie jeszcze bardziej. Maria płacze. Ja też płaczę. Zmęczeni, zasypiamy w końcu w swoich ramionach.

Budzik dzwoni od dobrych kilku minut, lecz dopiero teraz uświadamiam to sobie, przyduszając go ręką, aby zamilkł. Nie pamiętam, żeby mi się coś śniło. Obok mnie leży Maria, skulona i okryta kołdrą po samą szyję. Nie będę jej budził, niech śpi.
Idę do kuchni i robię sobie herbatę i kanapkę z uśmiechniętą margaryną. Słyszę jak Maria mówi coś przez sen. Wywołuje moje imię i Iriny. Maria często mówi przez sen. Zawsze przed czymś ucieka, a potem szuka schronienia w moich ramionach. Jest wtedy taka bezbronna, rozedrgana, wystraszona.
Zaglądam do pokoju Iriny. Przykrywam ją kołdrą. Całuję w policzek. Patrzę na nią przez dłuższą chwilę.
Dochodzi czwarta. Ubieram się w mundur. Przeglądam dokładnie swój żołnierski ekwipunek. Zaraz przyjadą z kompanii. Dopijam herbatę. Jeszcze raz spoglądam na Marię, jakbym patrzył na nią ostatni raz. Całuję ją delikatnie w usta.
Słyszę jak podjeżdża pod blok ciężarówka. Trąbią na mnie. Jeszcze jedno spojrzenie na Marię. Wychodzę, zamykając za sobą cicho drzwi.
Wsiadam do ciężarówki. Witam się z chłopakami. Ale wszyscy są jakoś dziwnie niewyraźni, przygaszeni. Ruszamy. Ciężarówka kołysze się na boki. Za jakieś trzy godziny będziemy na miejscu. Jedziemy na północ. Zawsze tam jedziemy.
Mijamy blokowce, zakład fryzjerski, szpital i sklep. Jest cicho, biało i mroźnie. Wyjmuję z kieszeni zdjęcie Marii i Iriny. Wodzę palcem po ich twarzach. Wyjeżdżamy główną ulicą z miasta. Zagłębiamy się powoli w sino-szary mrok.

Po kilku godzinach jazdy, które trwały całą wieczność, docieramy wreszcie na miejsce. Stoję na spalonej ziemi. Niczyjej ziemi. Gdzie sięgnąć okiem, tylko bezkres i beznadziejność. Wszelkie wskaźniki wychylają się poza skalę, ale czego się nie robi dla Matuszki Rassiji, która dba, jak nikt inny o pokój na świecie! Wczoraj rano miał miejsce kolejny test nuklearny. Ponoć wg. najwyższych rangą oficjeli wypadł wyśmienicie. Cała partyjna wierchuszka musiała z tego powodu pić na umór niemal do samego rana. I można się tylko domyślać czy z powodu militarnego sukcesu, czy raczej mogłaby to być próba zakamuflowania winy, rozterek i czego tam jeszcze. Znowu będziemy zbierać te po-atomowe świństwa, mierzyć je, robić im zdjęcia. Jest tego wokół bez liku. Potem wrzucimy je do pobliskiej zatoki, aby jeszcze bardziej świeciła, choć i tak już świeci niczym latarnia morska. Inne zakopiemy i przykryjemy betonowymi płytami. Musimy uporządkować umęczoną ziemię pod kolejny przecież test, ale przedtem trzeba to wszystko opisać i skatalogować. Dla dobra nauki. Dla dobra Związku Radzieckiego!

Jednemu z nas prześwietlił się z powodu silnego promieniowania film w aparacie fotograficznym. Innemu zacięła się kamera. Opadające powoli płatki śniegu mienią się wszystkimi minerałami, całą tablicą Mendelejewa. W absolutnej ciszy słychać tylko nasze kroki i przyśpieszone oddechy. Pochmurny świt ukazuje stopniowo nas wszystkich, nas – ze specjalnego oddziału czyścicieli. Idziemy tyralierą, my – ludzie-duchy. Idziemy, stąpając wolno i ciężko, przytłoczeni ciężkimi ołowianymi osłonami antyradiacyjnymi, którymi opasaliśmy swoje szare i poprzecierane już żołnierskie uniformy. Idziemy w budzącym się szarym dniu. Nikt się nie odzywa. Każdy wie, co ma robić. A mroźny wiatr roznosi pył destrukcji coraz dalej i dalej…

Mijamy po drodze powykręcane od nuklearnego żaru rozmaite stalowe konstrukcje, bądź poprzewracane i leżące w nieładzie fragmenty żelbetonowych schronów. Teraz już okryte, jakby białym pyłem. Im jednak posuwamy się naprzód, tym jest ich coraz mniej. Coraz mniej…
Dalej – jest już tylko obszar całkowicie wyjałowionej pustyni o niemal księżycowym charakterze. Ledwie widoczne linie od podmuchu fali uderzeniowej odchodzą od czarnych jak węgiel krawędzi ogromnego krateru. Leżąca na jego dnie cienka warstwa śniegu wygląda z tej wysokości jak jakaś szarawa pleśń. Niemalże półkilometrowa dziura o prawie sześćdziesięciu metrach głębokości – rozwiera się lejowato tuż pod naszymi stopami. Po co to wszystko? Jaki jest w tym wszystkim sens?
I w tym właśnie momencie ziemia zaczyna się dziwnie kołysać. Nogi robią mi się jak z waty. Boli mnie głowa i brzuch. Zbiera mi się na wymioty. Nagle ktoś narzuca mi na głowę, jakby czarny całun. Zaczynam tracić orientację. Czuję, że odpływa ze mnie świadomość. Spadam w jakąś niekończącą się otchłań, mając w ustach kwaśny smak nuklearnego rozszczepienia. I niczym błyskawica przebiega jeszcze w moim mózgu ostatnia myśl: – Czyżbym właśnie smakował śmierć?

II

Pokonuję niewyobrażalnie wielką przestrzeń, poruszam się w niej, płynę. Jestem raczej tchnieniem, zagubionym i kłębiącym się obłokiem, wiatrem – nie-wiatrem, mgłą bez określenia, molekularnym strumieniem. Mój pęd jest tajemnicą, tak jak wszelki ruch jest tajemnicą i tak jak tajemnicą jest doskonała czerń, bądź oślepiający błysk stworzenia. Na granicy widzialności i tuż przy mnie – płoną ogromne gwiazdy, te pierwsze gwiazdy, które powstały zaraz po Wielkim Wybuchu, jakże jaśniejsze od swoich następczyń z drugiego, trzeciego czy czwartego pokolenia. Gwiazdy, które tak wyjątkowo migoczą i drżą. Gwiazdy – spalające w ułamku sekundy miliardy ton wodoru, które eksplodowałyby w potoku światła, gdyby nie grawitacyjny ścisk dążący do całkowitego zgniecenia, do przekroczenia nieprzeniknionej osobliwości. Coś się ze mną dzieje dziwnego, nie jestem już jednostajny, zapętlam się, przyspieszam, to znowu zwalniam. Ciągnę za sobą warkocz kotłującej się kipieli, jakby to była wzruszana przez śruby oceanicznego statku niebieskawa toń. Jestem, nie ma mnie i znowu jestem. Następują przeskoki atomów, bozonów, kwarków i całej tej subatomowej, niepojętej menażerii, kiedy przekształcam się, przeinaczam i taję. I tworzę się znowu albo nie tworzę się wcale, albo jestem gdzieś pomiędzy czymś a czymś, albo wytrącam ze swoich orbit skrzące się w nikłym świetle kryształy lodu, bądź prześlizgujące się ponad pierścieniami gazowych planet prawie niewidoczne bryły meteorów. Zamykam się coraz bardziej w sobie i znowu otwieram, wirując dokoła własnej osi. Rozrzucam ramiona na boki i rozciągam je, tak jak galaktyka, która w ten sposób otula spiralnie swoje pulsujące, rozpalone do białości wnętrze. Jestem blisko, coraz bliżej. Moje oddziaływanie sprawia, że spowalniają wskazówki i wahadła zegarów, zakleszczają się zębate koła i przekładnie mechanizmów. Nachodzą na siebie enigmatyczne obrazy, półsenne, zatrzymane widma. Jestem tu i nie podlegam wpływowi czasu. Nie mam prawa istnieć, a jednak istnieję, mimo że jestem tak przerażająco inny, że gdyby być w moim pobliżu, to momentalnie zamarzłaby w żyłach krew, a gałki oczne zamieniłyby się w dwa niewidzące, ostre kamienie. Jestem tu i nadal się przemieniam, przekształcam się, zatajam wszystko w sobie. Jestem jak pełgający cień, rzucany na ścianę przez oświetlony płomieniem świecy przedmiot i jestem zarazem jak – nie-cień. Jestem jak niewyraźne odbicie kształtu w popękanym, zaparowanym lustrze. Jestem jak mrok albo światło, albo znowu jestem niewidzialny i martwy. Jestem jak nic albo coś, co zamierza się dopiero stać, albo coś, co już się dawno stało, zapadając się z powrotem w nic. Jest przy mnie tak bardzo zimno, że zimniej jest jedynie w absolutnej pustce wszechświata, będącej poza zasięgiem jakichkolwiek teleskopów i radiowych anten, gdzieś, gdzie nic nie ma już najmniejszego, nawet iluzorycznego znaczenia, gdzie jedyną rzeczą jest – doskonała, nieprzenikniona czerń.

Wydaje mi się, że jestem już bardzo blisko. Ale nagle zostaję przez coś odrzucony w tył. Nie wiem, gdzie się znajduję, ani kim jestem. Wokół kłębi się mrok. Nie wiem, w jakiej się znajduję pozycji. Stoję, siedzę, a może leżę? Czuję, że jestem, jakby w stanie nieważkości. Żadnego punktu zaczepienia, absolutnie nic. Poruszam się do przodu, do tyłu, w bok, a może ciągle spadam? Totalna dezorientacja. Jakbym był zupełnie obcą i przedwieczną istotą, która trwa przyczajona w odmętach wszechświata, a może nawet i pomiędzy nimi. Nachodzi wyobrażenie jakiegoś czarnego ptaka z rozpostartymi ogromnymi skrzydłami, który kołuje w głębinach nieba bardzo powoli, poszukując ofiar. Ale nie jestem ptakiem. Raczej jestem totalną nicością w przedmaterialnej pustce. Wydaje się, że nic nie może się już zdarzyć, a jednak coś się zaraz wydarzy pod postacią nagłego i oślepiającego rozbłysku. Skąd ten rozbłysk i co ma oznaczać? Czy to nowy rodzaj życia? Jakaś forma kontaktu istot wyższych z…no właśnie, – z kim?

Rozbłysk zaczyna się błyskawicznie powiększać. Rozsyła wokół ostre jak igły ramiona. Dotyka mnie nimi. Wygląda to jak rodzaj jakiegoś bąbla z gotującą się w środku żółto-białą kipielą, ale nie jest to też wybuch. Dzieje się to w absolutnej ciszy, w której zaczynam dostrzegać coraz więcej, rozróżniać poszczególne kształty, choć wciąż wydają mi się one zamazane i mgliste. Nacierają na mnie z prędkością światła, to znów się oddalają. Coś najwidoczniej zmienia swój stan materialnego skupienia. Powstaje nowa forma jakiegoś bytu na zupełnie odmiennych prawach fizyki – albo, być może następuje w którymś miejscu – nieoczekiwane zderzenie wszechświatów? Odbywa się to wszystko, jakby w chorobowo-narkotycznej malignie. Ostre i wyraziste fragmenty mieszają się z enigmatycznymi obrazami o przymglonych konturach.
I oto zaczynają się wyłaniać niezgłębione oczy obserwatorów. Wpatrują się we mnie bez wyrazu. Niczego nie rozumiem, jestem zbyt otępiały. Obserwatorzy dziwnie zmieniają swoje ciała. Są niczym ameby, niczym kłębiące się chmury na niebie. Wszystko się przeinacza i znowu wraca do poprzedniego stanu. Jakbym podpływał tuż pod rozświetloną słońcem powierzchnię wody i spadał znowu na samo dno. Obserwatorzy zbliżają się do mnie. Dotykają swoimi wypustkami. Na ich końcach mają małe kulki, które roztaczają błękitne światła. Zaglądają do moich źrenic, nosa i ust. Nie mogę dłużej tego znieść, jestem już tak blisko zrozumienia! Postanawiam chwycić obserwatorów za maski, zedrzeć je z ich twarzy. Lecz zostaję odrzucony w tył. I znowu nastaje czerń. Nie tylko, wokół, ale i również w moim umyśle.

III

Czuję, że świadomość powoli wraca. Nieoczekiwanie wszystko staje się jasne, mimo że oczy mam jeszcze zamknięte. Nie wiem, gdzie jestem, ale słyszę przytłumione głosy. Dociera do moich uszu cichy kobiecy płacz. Coś nieustannie pika w moim pobliżu. Powieki nie dają się jednak tak łatwo otworzyć. Pomimo wysiłku są cały czas szczelnie zamknięte. Ów płacz zmienia naraz swoje miejsce. Teraz jest bliżej. Coś ugniata moją rękę. Zamienia się to w coraz większy piekący ból. Pikanie przy mojej głowie staje się nie do zniesienia, jakby mnie ktoś uderzał rytmicznie obuchem siekiery w głowę. Wysiłek zostaje wreszcie nagrodzony pod postacią wąskich szparek pomiędzy powiekami, przez które wpada teraz świetlisty promień. Po chwili zostaje chyba czymś przesłonięty i staje się na tyle znośny, że mogę otworzyć powieki szerzej. W ustach czuję okropny kwaśno-żelazisty smak. Wzrok przyzwyczaił się na, tyle, że rozróżniam przedmioty i kształty. Widzę nad sobą biały sufit z nieświecącymi dwiema jarzeniówkami. Pikanie dobiega tuż znad mojej głowy. Dociera do mnie teraz, że jest to moje serce, które jest podłączone do kardiomonitora. Przechylam z wysiłkiem głowę na bok. Tuż przy mnie stoi biała metalowa szafka, a na niej butelka wody i kubek ze słomką. Ból prawej ręki jest nie do zniesienia. Wodzę powoli oczami po pomieszczeniu. Tuż obok łóżka widzę siedzącą na krzesełku postać. Poznaję ją, to Maria! Nachyla się nade mną. Przysuwa się do mojej twarzy i czule gładzi moje włosy. Nie mogę wydobyć z gardła niczego oprócz charkotu pomieszanego z jękiem.
– Już dobrze, Maksym. Jestem przy tobie – mówi ściszonym głosem. Po chwili dodaje nieco głośniej. – Jesteś w szpitalu. Byłeś nieprzytomny trzy dni.
– Mario… – szepczę, ale przychodzi mi to z wielkim trudem.
– Ciii. Nic nie mów. Musisz nabrać sił.
Widzę, że oczy ma czerwone od płaczu. Jest blada. Na jej twarzy maluje się wielki strach. Po chwili dodaje:
– Iriny niestety nie wpuścili na oddział. Jest on zamknięty. Mnie wpuścili dopiero po długiej batalii z dyrektorem szpitala. Ale jak mogłabym nie być przy tobie w takiej właśnie chwili.
Staram się ją pocieszyć, ale straszliwy piekący ból powoduje, że zaczynam wyć. Przekręcać głowę na boki. Ze skroni spływa mi pot. Ból na moment ustaje.
– Zostałeś bardzo poważnie napromieniowany – wypowiedziała te słowa przez łzy, niemal szlochając.
– Posłali was tam zbyt wcześnie. Po co to wszystko, po co! – płacze, kładąc swoją głowę na kołdrze.
Jej jasne włosy rozrzuciły się na niej. Widzę jak dłonie ściska w pięści. Piekący ból znowu przybiera na sile. Maria podrywa się nagle i wybiega z pokoju. Woła na całe gardło lekarza. Wiję się na łóżku. Przeokropny ból staje się nie do zniesienia, jakby mi ktoś przypiekał cały bok na wolnym ogniu. Widzę potwornie obrzękniętą rękę aż po bark. W niektórych miejscach skóra jest popękana, jakby ją coś rozsadzało od wewnątrz, a w innych – widnieją czarne sączące się bąble. Wychodzą z nich jakieś rurki. Spływa nimi do pojemnika obok łóżka jakaś czerwonawo-brunatna ciecz. Prawa noga również jest potwornie nabrzmiała, ale jej kompletnie nie czuję.
Naraz wpada do pokoju lekarz w białym i długim kitlu. Tuż za nim Maria. Lekarz, jeszcze biegnąc, wciąga do strzykawki przezroczysty płyn z małej buteleczki. Po chwili wkłuwa się w moją lewą, zdrową rękę. Prawie momentalnie odczuwam błogą senność i rozluźnienie. Ból powoli ustępuje.
– Zaraz powinien usnąć – mówi półszeptem do Marii. Lecz po chwili chwyta ją za ramię i wyprowadza na korytarz.
Przez niedomknięte drzwi docierają do mnie jego słowa.
– Niestety, pani mąż umiera. To nie potrwa długo. Może z godzinę, najwyżej dwie. Jego stan jest beznadziejny. Promieniowanie jonizujące zrobiło w jego organizmie zbyt wielkie spustoszenie. Środek, który mu wstrzyknąłem sprawi, że uśnie i nie będzie cierpiał. To wszystko, co mogę dla niego zrobić.
Maria zarzuca się szlochem. Krzyczy.
– Dlaczego. Dlaczego! Wysłaliście ich na pewną śmierć! To się musi wreszcie skończyć. Te wasze zabawy w atom! Nienawidzę was! Nienawidzę!!!...
Ból ustąpił całkowicie. Znowu zaczynam się zapadać w studni bez dna. Krzyk Marii powraca do mnie, niczym górskie echo. Zapadam się coraz szybciej. Jakbym zjeżdżał w jakiejś rynnie ku całkowitej czerni.

IV

Budzę się nie wiadomo, po jakim czasie. Spałem? Byłem nieprzytomny? Chcę otworzyć szerzej oczy, lecz powieki są pozlepiane jak u człowieka po długim i głębokim śnie. Widzę tylko przez małe szparki, widzę tylko ciemno-szary, zamglony obraz. Znowu nic nie rozumiem. Nie znam swojego położenia, ani miejsca, w którym się znajduję. Czuję się tak, jakbym stracił pamięć. Wszystko mi się kotłuje w głowie. Nie wiem, kim jestem i jak się tutaj znalazłem. Usiłuję sobie przypomnieć cokolwiek. Nic – absolutne otępienie. Czuję mrowienie w plecach. Prawa ręka jest całkowicie odrętwiała. Dziwne to uczucie, kiedy spoczywa tuż obok czyjaś ręka, a po chwili okazuje się, że jest to własna ręka, lecz kompletnie bez czucia. A więc paraliż? Co się ze mną dzieje? Co u licha? – zadaję sobie w myśli pytania.
Próbuję się poruszyć. Nic. Próbuję jeszcze raz. Znowu nic. Totalna bezsilność. Mogę jedynie równomiernie oddychać. Uspokajam się i pomimo trupiej, zatęchłej woni nabieram głęboko powietrze do płuc, po czym powoli go wypuszczam. Robię to jeszcze raz i jeszcze…i znowu…

Pulsują mi skronie. W tyle głowy czuję lekki ucisk. Narasta mrowienie w całym ciele, jakby mnie nakłuwano coraz mocniej i intensywniej tysiącami igieł. Staje się to nie do zniesienia. Wydaję z siebie jedynie gardłowy, przepełniony bólem, nieskładny i bełkotliwy charkot. Trwa to nie wiadomo jak długo. Godzinę, dwie godziny? Niemiłosierne kłucie powoli ustępuje, a jego miejsce zastępuje stopniowo normalne czucie. Orientuję się, że leżę na czymś twardym i zimnym. Nad sobą widzę szary i obdrapany sufit. Wydaje mi się, że coś z niego miejscami zwisa, coś nieokreślonego. Naprężam się wewnętrznie i w skupieniu próbuję poruszyć ręką. Wreszcie – jakiś ruch! Udaje się! Kolejne podejście i – poruszam nogami. W końcu – całym sobą! Odczekuję chwilę i z niemałym wysiłkiem przekręcam się na lewy bok, głośno przy tym stękając i jęcząc. Latają mi przed oczami jakieś plamy, lecz mimo półmroku zaczynam rozróżniać coraz więcej szczegółów.

Leżę na gołym betonie, który jest rozświetlony srebrną smugą światła. Dostrzegam, że skrzą się w niej drobinki kurzu, przepływają przez nią wolno i wirują. Wysuwam w jej stronę drżącą i słabą jeszcze rękę, która o dziwno nie jest już spuchnięta, a ona rzuca równie rozedrgany cień na zagraconą podłogę i przeciwległą, obdrapaną tak samo jak sufit ścianę. To, co zewsząd zwisa okazuje się resztkami obdartej tapety i falującymi w nikłym przeciągu płótnami pajęczyn. Wychylam się trochę i widzę ogromny księżyc, który jaśnieje na tle rozgwieżdżonego nieba. Wypełnia niemal połowę prostokątnego otworu. Ów otwór jest oknem albo raczej jego pozostałością, gdyż nie posiada nawet futryn. Zostały najwidoczniej wyrwane razem z kawałkami muru. Cała podłoga jest usiana resztkami drewna, betonu i potłuczonym szkłem. Wszystko zdążył już pokryć szary cementowy pył. Co to za przeklęte miejsce? Gdzie ja jestem, u licha? – wciąż nachodzą mnie te same pytania.
Czuję przejmujący chłód. Znowu się naprężam i po długiej walce z niemocą – udaje mi się w końcu podnieść. Zmęczyłem się jednak przy tym tak bardzo, jakbym się niemalże wspinał na sam szczyt wysokiej góry. Chwieję się jak pijany i lecę prosto na ścianę, którą mam na szczęście tuż przed sobą. Wyhamowuję upadek, amortyzując go rozwartymi dłońmi. Stoję tak przez jakiś czas, opierając się o nią czołem. Wdycham zapach pyłu, kurzu i pleśni. Mimo że nogi mam jak z waty, to nabieram powoli sił do dalszego działania. Zamykam oczy, otwieram je szeroko i znowu zamykam. Po skroniach i karku ciekną mi zimne strużki potu. Liczę do dziesięciu i lekko się odpycham. Zataczam się i staję akurat w samym środku księżycowej smugi, rozkładając szeroko ramiona, aby złapać równowagę. Chrzęści mi pod stopami, a za mną stwarza się – na podłodze i ścianie – wydłużony, cienisty krzyż.

Pierwsze kroki są niepewne, chwiejne. Muszę się opierać o ściany. Obchodzę powoli pomieszczenie. Co jakiś czas natrafiam dłonią na zwisające resztki, które spadają z cichym plaśnięciem. Podchodzę do prostokątnej okiennej pozostałości. Staję w niej oparłszy się rękami o jej powykruszane krawędzie. Owiewa mnie znowu zimny wiatr. Głowa opada mi na tors. Po chwili podnoszę ją i spoglądam prosto w ogromną tarczę księżyca. Na zewnątrz, jak okiem sięgnąć, rozciąga się nieskończona pustka. Tylko w oddali majaczą jakieś wyrastające z ziemnych nasypów konstrukcje, które nie przypominają mi jednak niczego znanego. Nie są to budynki, raczej jakieś pościnane z jednej strony betonowe fragmenty murów, kominów albo kratownicowych wież. Wychylam się z otworu i stwierdzam, że znajduję się na wysokości około 10 metrów. Wychylam się jeszcze bardziej i widzę inne prostokątne otwory nad sobą, po bokach i niżej. – A więc jestem w jakimś budynku! – przechodzi mi błyskawicznie przez myśl.
Rozglądam się po pomieszczeniu i odnajduję inny prostokąt. Ruszam ku niemu, rozdeptując z chrzęstem resztki porozrzucanego szkła.

Wchodzę do kolejnego obskurnego pomieszczenia. Z sufitu i ścian zwisają jakieś kable, a na podłodze leżą całe ich zwoje. W rogu dostrzegam ciemny przedmiot, który przypomina szafę. Przedmiot okazuje się jakimś elektrycznym urządzeniem wysokim na dwa metry i szerokim na metr, lecz zegary, które są rozmieszczone rzędami na całym przedzie, już od dawna niczego nie odmierzają. Ich różnej średnicy tarcze mają potłuczone szybki. Na krawędziach ostrzy się nikły blask. W tym momencie o mało nie lecę prosto na twarz, kiedy zawadzam stopą o splątane przewody. Mimo to, wyzwalam się ostrożnie z uwięzi. Idę wolno dalej. Niknę w kolejnym ciemnym prostokącie.

Znajduję się w długim korytarzu. Muszę się trzymać blisko ścian, ponieważ prawie nic nie widzę. Idę niemal po omacku. Idę przed siebie, nie wiedząc kompletnie, dokąd. Trzymam się wystających ze ścian rozmaitych rur czy może poręczy?
Po wyczerpującym i długim marszu docieram wreszcie do celu. Czuję powiew świeżego powietrza. Księżycowe światło przesącza się przez szczeliny ścian. Schodzę po kilku schodach i wychodzę na zewnątrz. Odchodzę kawałek i spoglądam za siebie. Widzę teraz w całej krasie miejsce, w którym się przebudziłem. Jest to czteropiętrowy mieszkalny blok. Na jego obdrapanym froncie widnieją czarne prostokąty i jeden większy, ulokowany centralnie na samym dole, z którego przed momentem wyszedłem. Mniejsze wyrastają z niego i razem układają się w wielki czarny krzyż. Światło księżyca pada pod kątem na ścianę, wpadając miejscami do wnętrza. Spoglądam w górę i widzę migoczące, ostre jak igły gwiazdy. Są ich miliardy. Przytłaczają sobą ten opuszczony budynek i mnie. One – i ja sam. Gdzie okiem sięgnąć, tylko niekończąca się równina porośnięta rzadką trawą. Żadnych ludzkich głosów, szczekania psów czy śpiewu ptaków. Zamiast tego, tylko świstanie wiatru. I ten cichy świst miesza się z szumem i dzwonieniem w moich uszach, tak, że nie potrafię odróżnić, co jest, co. Pulsuje mi w żyłach krew, rozsadza skronie na granicy bólu. Teraz już wiem, że jestem w miejscu, w którym mieszka jedynie śmierć.

Dokąd mam iść? Jaki mam obrać kierunek? Wokół absolutnie nic, tylko resztki atomowych schronów i rozmaitych, poskręcanych od żaru nuklearnych eksplozji konstrukcji. Idę przed siebie. Idę nie wiadomo już jak długo; godzinę, tydzień, cały wiek? Dochodzę do ogromnego oka, w którym odbijają się gwiazdy i zamyślona księżycowa twarz. Wygląda to tak, jakby przebił ktoś na wylot zawieszoną w przestrzeni wszechświata ziemię. Tyle gwiazd migocze wysoko w górze i tyle jest ich w krysztale jeziora o twardych jak stal krawędziach, na których załamuje się zimny, dzwoniący od zawsze wiatr.
Budynek, z którego wyszedłem zniknął już dawno za horyzontem. Ruszam, więc w milczeniu dalej, nie wiadomo, dokąd. Mijam kolejne kryształowe otwory obramowane zeszklonym, zielonkawym piaskiem. Pustka i jałowość tego miejsca przyprawia mnie o zawrót głowy. Nawet trawa tutaj nie rośnie. Nic, absolutnie nic. Wydaje mi się, że widzę czasami mikroskopijne błyski, które przelatują przez moje ciało i – przez całą ziemię, jakby to gwiazdy spadały i wznosiły się znowu. A im bardziej zagłębiam się w dal, to skrzą się coraz intensywniej, migoczą coraz intensywniej, drżą…

--Epilog--

Co jest dalej? Co jest takiego w nicości? Wszystko się nieuchronnie rozpływa, rozprasza i zamazuje. Nie ma już wirujących w srebrnym blasku drobinek kurzu, które zobaczył ten, co przekręcił się z wielkim trudem na lewy bok, leżąc na betonowej podłodze. Rozedrganego cienia wystawionej przez niego ręki i cienistego krzyża za jego plecami, kiedy stanął w samym środku owej smugi, rozstawiając szeroko ramiona, aby złapać równowagę. Splątanych kabli, o które zawadził stopą. Obdrapanych ścian ze zwisającą tapetą. Pełnych kurzu pajęczynowych płacht. Zegarowej szafy z potłuczonymi szybkami, stojącej w kącie ciemnego pokoju. Wielkiego krzyża na froncie z czarnymi oczodołami pustych okien i drzwi. Wschodów i zachodów ogromnego księżyca, którego światło padało pod kątem na frontową ścianę, wnikając nieśmiało do wnętrza. Świszczącego cicho wiatru, który mieszał się z szumem i dzwonieniem w uszach tego, co stał wpatrzony w miliardy drgających gwiazd. I potem, kiedy szedł …

Nim jednak rozpłynął się całkowicie, to wydawało mu się przez chwilę, że słyszy kogoś, kto wymawia szeptem jego imię. Ów szept przybliżał się, to znów oddalał. Zanikał niczym echo odbijające się od krawędzi księżycowych kraterów.

(Włodzimierz Zastawniak)

autor

Arsis

Dodano: 2019-09-09 00:03:25
Ten wiersz przeczytano 248 razy
Oddanych głosów: 2
Rodzaj Wolny Klimat Dramatyczny Tematyka Śmierć
Aby zagłosować zaloguj się w serwisie
zaloguj się aby dodać komentarz »

Komentarze (1)

Marek Żak Marek Żak

Bardzo mi się, podoba z tym, że sama akcja jest
doskonale i klimatycznie przeprowadzona, natomiast
późniejsze dywagacje uśmierconego bohatera są dla mnie
pójściem w kierunku filozofii i osłabiają wydźwięk
całości.
Szkoda że publikujesz pod różnymi pseudonimami, bo to
utrudnia odnalezienie Twoich tekstów.
Pozdrawiam

Marek

Dodaj swój wiersz

Ostatnie komentarze

Wiersze znanych

Adam Mickiewicz Franciszek Karpiński
Juliusz Słowacki Wisława Szymborska
Leopold Staff Konstanty Ildefons Gałczyński
Adam Asnyk Krzysztof Kamil Baczyński
Halina Poświatowska Jan Lechoń
Tadeusz Borowski Jan Brzechwa
Czesław Miłosz Kazimierz Przerwa-Tetmajer

więcej »

Autorzy na topie

kazap

Ola

Bella Jagódka

AMOR1988

marcepani

magda*


więcej »