Wiersze SERWIS MIŁOŚNIKÓW POEZJI GRUPA AUTORÓW BEJ

logowanie
Zaloguj
Nie pamiętasz hasła?
Szukaj

Leokadia (proza)

to II część "W cieniu wspomnień" o prababci Leokadii Kiedyś na podst. tego opowiadania był tu wiersz "Córeczko"

Zdała sobie sprawę, że nie czas jeszcze na świętowanie.
Kilka dni temu dostała wiadomość, że córka przyjedzie pociągiem. Od tygodnia wychodzi rano z domu, siada w przydworcowym barze i popijając herbatę parzoną z torebki patrzy na peron. Czeka.

Dzisiaj to jedna z wielu wsi na Zamojszczyźnie, ładna, zadbana, ogródki z małymi domkami wzdłuż głównej drogi. Niektóre z nich pamiętają tamte mroczne czasy.
Przymrużyła zmęczone oczy. Lekki dreszcz przebiegł po jej ciele. Serce ścisnął niepokój. Czy zdąży, czy dożyje tej chwili, czy pozna. Minęło tak wiele lat. Tyle starań, ogłoszeń, nadziei i zwątpień. Czy córka żyje, czy pamięta... Była przecież małą dziewczynką, kiedy to się stało. Teraz została sama na tym świecie.
Ma już przygarbione plecy, drżące ręce i zapadłe policzki pokryte wyżłobionymi przez łzy i czas bruzdami. Nigdy nie zapomniała tamtego widoku. Często budziła się z krzykiem.

Nic nie zapowiadało wtedy tej tragedii. Co prawda, była okupacja, ale nie mogła przecież wiedzieć, że Hitler już dawno zaplanował wysiedlenie mieszkańców tych terenów, aby zdobyć nową przestrzeń życiową na wschodzie Europy. Skądinąd wiadomo było, że rok wcześniej Niemcy dokonali próbnych wysiedleń z kilku wsi wokół Zamościa, a potem tysiące Żydów wywieźli do obozu w Bełżcu. Wielu rozstrzelali na miejscu. Wytransportowali także około tysiąca Polaków do powiatu hrubieszowskiego. Niektórzy próbowali nawet wrócić, ale na ich ziemi już gospodarowali niemieccy osadnicy, mieszkali w ich domach. Niemcy wpadali czasem do wsi, lecz zabrali już wszystko, co było do zabrania: krowy, konie, świnie, zboże... Została koza, mała, chuda. Widocznie się nie spodobała. Dwie kury udało się schować w stodole.

Tego dnia świeciło słońce. Wstała rano, wydoiła kozę, przyniosła jajko, które zniosła jedna z kur. Uśmiechnęła się
gorzko. - Będzie dla Basi na śniadanie. Starszą córkę Weronikę wysłali na początku wojny do ciotki do Zamościa. Sami z mężem już dawno nie jedli śniadań. Na obiad ugotuje zupę z kapusty. Schowała kilka główek w komorze. Muszą wystarczyć na całą zimę.

Gehenna zaczęła się następnego dnia nad ranem 28 listopada 1942 roku. Na czarno ubrani gestapowcy i żandarmi w granatowych mundurach otoczyli wieś. Wpadli do domu, dali kilka minut na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy: trochę żywności, naczyń do jedzenia, wierzchniego ubrania oraz 20 zł na osobę. Wypędzili na drogę całą wieś, wrzeszcząc i popychając kolbami karabinów. Trzymali ich cały dzień bez jedzenia i picia.
Tu zrobili wstępną segregację. Oddzielali mężczyzn od kobiet i osób starszych. Inwalidów i chorych zabijali na miejscu. Do osób, które próbowały uciekać lub stawiać opór też strzelali. Wszystko wśród rozpaczliwych krzyków kobiet i dzieci. Jej rodziców i dziadków wraz z innymi starymi i chorymi oraz z duchownymi wywieziono, jak się później dowiedziała, do Auschwitz. Tam zginęli w komorze śmierci. Ją, wraz z innymi kobietami i dziećmi, mężczyznami i chłopcami powyżej 14-go roku życia zdolnych do pracy, przewieziono samochodami pod eskortą do obozu w Zamościu. Tu był przedsionek piekła.

Obóz był otoczony drutem kolczastym. Składał się z kilkunastu baraków. Warunki były straszne, brak higieny, bez ogrzewania, bez wody. Więźniowie spali na gołej ziemi, a temperatury w nocy spadały poniżej zera. Wyżywienie na cały dzień to zupa z brukwi, kromka chleba, gorzka kawa. A do tego bicie, szczucie psami... Tu następowała kolejna segregacja. Wszyscy przechodzili badania lekarskie. Nadających się do ponownego zniemczenia (potomków osadników niemieckich z XVIII) oznaczano w kartotece symbolem WE. Ją i męża - AA - do zatrudnienia w Rzeszy.
Ciotka, która w obozie podupadła na zdrowiu dostała kategorię KL - do Brzezinki.
A Basia? Dzieci, które spełniały wymagania rasy nordyckiej (wygląd zewnętrzny, budowa czaszki, kolor włosów i oczu) przeznaczono do germanizacji. Odrywano je na siłę od matek, bijąc, a nawet mordując.
- Basia była taka ładna, aniołek z jasnymi loczkami wokół buzi, niebieskie, duże oczy - uśmiechnęła się do tej myśli.
- To ją chwilowo uratowało od śmierci, ale wtedy kurczowo trzymała się mojej ręki, płakała - wspomina. A łzy same napłynęły do oczu. Córeczka miała przecież tylko cztery latka. Niemiec brutalnie wyrwał ją z objęć matki, a ją samą uderzył kolbą karabinu. Nie mogła się nawet pożegnać. Basię wywieźli wraz z innymi dziećmi w nieznanym kierunku. A jej serce pękało z bólu, nie mogła pomóc. Czuła, że zawiodła swoje dziecko.
- Moja Basia, moja Basia - łkała. Co z nią będzie, czy ją jeszcze zobaczę? - rozpaczała. - Dobrze, że we wsi nie było Weroniki. Może choć jej uda się przeżyć - myślała wtedy.

Wraz z mężem została wywieziona do Niemiec, ale zostali rozdzieleni. Po wielu latach dowiedziała się, że został zastrzelony podczas ucieczki z transportu. Była młoda i silna. Została przydzielona do pracy w polu. U bauera*, do którego trafiła, pracowali już Polacy, ale byli to robotnicy, którzy przyjechali dobrowolnie do pracy jeszcze przed pierwszą wojną światową.
Wraz z nią przyjechały jeszcze dwie młode dziewczyny. Najmłodsza, szesnastoletnia, miała pomagać w domu. Myślała, że lepiej trafiła. A harowała po kilkanaście godzin, tak samo jak reszta. Była bita przez gospodynię, gdy padała ze zmęczenia.
Ona wraz z drugą kobietą pracowały od świtu do zmierzchu w polu, w oborze. Mieszkały w nieogrzanej komórce. Niewiele dostawały jedzenia. Były bite po twarzy pod byle pretekstem. Były niewolnicami, nie miały żadnych praw.

Po wojnie powróciła do Polski. Zamieszkała u brata w sąsiedniej wsi. Teraz i on nie żyje. Zmarł przed kilkoma tygodniami. Została sama.

Od samego początku wraz z innymi, którzy przeżyli wojnę, zaczęła szukać swoich córek. Szczęśliwie trafiła na ślad starszej córki, Weroniki, która po wywózce ludzi z okolicznych wsi uciekła wraz z innymi na południe, najpierw do Tarnowa a później do Krakowa.
Spotkały się dopiero rok później.

Odnalezienie młodszej było o wiele trudniejsze. Dużo było wiadomości o ludziach, dzieciach wywiezionych do obozów zagłady. Natomiast nie znaleziono żadnych dokumentów, ani w Polsce, ani w Niemczech, które by potwierdzały wywóz dzieci w celu germanizacji. Niemcy zacierali swoje zbrodnie, zwłaszcza tę. Dzięki pomocy dobrych ludzi, którzy wiadomości o wywożonych dzieciach zdobywali m.in. z relacji kolejarzy raportujących do Polskiego Państwa Podziemnego dowiedziała się, że transport z tego dnia, kiedy wywieziono Basię, skierowano do Warszawy, a później część do Rzeszy, a część na Pomorze Wschodnie. Były przeznaczone do niemieckich rodzin. Ale nie wszystkie dzieci zniosły trudy tej podróży. Wiezione w bydlęcych wagonach w zimie, miały odmrożenia kończyn, nosów, uszu. Były zabiedzone i głodne, masowo chorowały, a bez opieki i lekarstw umierały. Dokumenty mówią o setkach dzieci zmarłych w czasie tych transportów. I jak tu po takich wiadomościach mieć choć cień nadziei?
Po pierwszych wywózkach dzieci z Zamojszczyzny społeczeństwo oraz organizacje charytatywne, takie jak Polski Czerwony Krzyż, organizowały pomoc. Kolejarze i mieszkańcy, korzystając z postoju pociągów, wykupowali od Niemców, albo wykradali dzieci. Ukrywali je potem w ochronkach, lub we własnych domach.

Może i Basię ktoś uratował, może jej ktoś pomógł? Kurczowo trzymała się tej iskry nadziei. Nosiła ją w sercu całe lata. Ale jak trafić na ślad czteroletniego dziecka, które najprawdopodobniej nie pamiętało swojego nazwiska. Czy opiekunowie mają interes przyznać się, że wychowywali polskie dziecko? A jeśli trafiła do niemieckiej rodziny, to na pewno nie mówi nawet po polsku. Takie rozterki targały duszą tej kobiety.

Aż któregoś dnia, kiedy nadzieja już gasła, przyszła dobra wiadomość. Ktoś z Nadrenii zobaczył w polskiej prasie wychodzącej w Niemczech ogłoszenie o zaginionych dzieciach. Wiedział. że z Prus Wschodnich po wojnie wrócili tu przesiedleńcy. Wśród nich było dużo małych dzieci. Czy wszystkie były niemieckie? Ten nowy ślad uruchomił działania Polskiego Czerwonego Krzyża. Ale żadne dokumenty nie potwierdzały podejrzeń. Nieoficjalnie wiadomo było, że przywiezione wtedy dzieci miały oryginalne dokumenty niemieckie. Jakże mogło być inaczej. Polacy, nawet będąc pod okupacją, wyrabiali uratowanym dzieciom metryki chrztu, nawet żydowskim. Znowu ból beznadziei. Takich momentów zawodu w ciągu jej długiego życia było dużo. I nagle, chyba cud jakiś. Przyszła wiadomość z Czerwonego Krzyża, że to ona jest poszukiwana przez jakąś kobietę z Saksonii. Przecież tam była na robotach! Kto może ją szukać? I po co? Nie miała tam żadnej rodziny, znajomych... Okazało się, że poszukiwała ją kobieta, która od swojego "niemieckiego ojca", będącego na łożu śmierci, dowiedziała się, że jest polskim dzieckiem. Na dowód tego wcisnął jej w dłoń mały szkaplerzyk na zwykłym sznurku, który miała przy sobie pewnego grudniowego dnia, kiedy przybyła z transportem.
"Chore i wycieńczone dziecko uratował od niechybnej śmierci. Traktował ją jak własną córkę, dał wykształcenie. Po wojnie wraz z falą przesiedleńców trafił do Saksonii". Tyle miał na swoją obronę. Ale zabrał jej tożsamość. Był winny jako Niemiec.

- Wpadłem w tryby machiny wojennej. z której nie umiałem się wydostać - tłumaczył się. A może nie chciał się wydostać?
Teraz ruszyło go sumienie...
Nowa nadzieja wstąpiła w to znękane serce. Pamięta, że jej Basia dostała od chrzestnego szkaplerzyk na chrzcie.
Czy to może być jej Basia? Czy zobaczy swoją córkę zanim zamknie oczy? Tyle już przeżyła nadziei i rozczarowań. Długo jeszcze trwały formalności, ale wreszcie nastąpi ta wyczekiwana całe lata chwila. Dostała wiadomość, że przyjedzie pociągiem, jedynym, jaki zatrzymywał się na tej niewielkiej stacji.

Dziennikarz powiatowej gazety chciał zrobić z nią wywiad ale co miała mu powiedzieć? Że ma nadzieję, a jednocześnie jej nie ma? Wiele sygnałów było mylnych. Że boi się tego spotkania? Bo jak można poznać kogoś po pięćdziesięciu latach?
Basia była jak wiele innych dzieci, nie miała znaków szczególnych. A szkaplerzyk? Pewnie nie jedno dziecko go miało, taki był zwyczaj w chrześcijańskich rodzinach. A opowiadać o swoim życiu nie chciała. Czekał przez kilka dni razem z nią na stacji. Basia nie nadjeżdżała. W końcu pojechał do swoich innych ważnych spraw.
Ona się nie poddawała. Czekała. Tego pamiętnego dnia pociąg zatrzymał się na pustej stacji.
- Pewnie jeszcze nie dzisiaj - pomyślała - jeszcze nie dzisiaj. Ostatnie dni nadwątliły znowu jej wiarę w odzyskanie córki.
Z wagonu wysiadła młoda kobieta. Spojrzała w jej kierunku. Blond loki wokół ładnej buzi.
- Jak moja Basia, ale to nie ona, ta przecież jest taka młoda.
- Jeszcze nie dzisiaj - spuściła smutno głowę i już miała wrócić do domu.
Przyjezdna energicznie szła w jej kierunku, podeszła...
- Leokadia Susz?- spytała z akcentem niemieckim.

Na dźwięk swojego imienia Leokadia podniosła gwałtownie głowę. Te same oczy, jak jej maleńka Basia. Usta jej drżały, nie mogła wymówić słowa. Zamknęła oczy, chyba śni. I znowu to ---6
wspomnienie, jak żandarm niemiecki wyrywa płaczącą Basię z jej rąk. Zaczęła szlochać. Młoda kobieta wzięła jej spracowane ręce w swoje dłonie i po niemiecku powiedziała:
- Jestem Ann, córka Emmy, to znaczy Basi. Nie mogła przyjechać, nie doczekała. Chorowała na serce. Zmarła dwa tygodnie temu. Głos jej się załamał, popłynęły łzy. Objęła starą kobietę,
- Teraz mam tylko ciebie, Babciu.

-----------------
* bogaty chłop niemiecki

autor:Teresa Mazur




pisze się jeszcze IV część o Jance

Dodano: 2021-03-07 12:28:16
Ten wiersz przeczytano 623 razy
Oddanych głosów: 28
Rodzaj Monolog Klimat Dramatyczny Tematyka Samotność
Aby zagłosować zaloguj się w serwisie
zaloguj się aby dodać komentarz »

Komentarze (38)

M.N. M.N.

Dobrze że spisuje sie takie historie, bo sa przestrogą
dla przyszłych pokoleń... pozdrawiam Cię serdecznie
Babciu Teresko

jote jote

Czytam ze łzami w oczach. Wzruszająca opowieść.
Pozdrawiam :)

sisy89 sisy89

Wzruszająca opowieść, bardzo mi się podoba!
Pozdrawiam serdecznie :)

Babcia Tereska Babcia Tereska

Wandziu, tsmat, dziękuję za dobre słowo.
Miłego weekendu

Wanda Kosma Wanda Kosma

Przejmująca, wspaniale poprowadzona opowieść. Potrzeba
chwili ciszy, żeby ochłonąć. Pozdrawiam z uznaniem.

tsmat tsmat

Witam,

Przeczytałem z ciekawością to piękne opowiadanie
(prozę).
Pozdrawiam serdecznie.
;)

Babcia Tereska Babcia Tereska

Pawle, Gabi, Najko, dziękuję za zawitanie pod moją
prozę.
Miłego popołudnia

GabiC GabiC

Wzruszający do głębi,
dramatyczny, piękny tekst.
Pozdrawiam serdecznie Teresko!
Na pewno tu wrócę...

@Najka@ @Najka@

Ostatnio czytałam książkę autorki Gargas co gestapo
robiło z Polakami i ich dziećmi na
Zamojszczyźnie....jakiez podobne losy jak Twoja
opisana historia...a co do bauera to moi rodzice byli
wywiezieni na przymusowe roboty do Rzeszy pracowali u
bauera...ciekawie to opisujesz. Pozdrawiam serdecznie.

Angel Boy Angel Boy

Długie, ale bardzo zatrzymujące... Wszystkiego
Najlepszego z okazji Dnia Kobiet :D Pozdrawiam
serdecznie +++

Kazimierz Surzyn Kazimierz Surzyn

Bardzo wzruszająca i przejmująca historia, z wielkim
uznaniem przeczytałem, pozdrawiam ciepło, życząc
Wszystkiego Najlepszego, zdrowia, szczęścia,
spełnienia marzeń.

Dodaj swój wiersz

Ostatnie komentarze

Wiersze znanych

Adam Mickiewicz Franciszek Karpiński
Juliusz Słowacki Wisława Szymborska
Leopold Staff Konstanty Ildefons Gałczyński
Adam Asnyk Krzysztof Kamil Baczyński
Halina Poświatowska Jan Lechoń
Tadeusz Borowski Jan Brzechwa
Czesław Miłosz Kazimierz Przerwa-Tetmajer

więcej »

Autorzy na topie

kazap

Ola

Bella Jagódka

anna

AMOR1988

marcepani


więcej »