Wiersze SERWIS MIŁOŚNIKÓW POEZJI GRUPA AUTORÓW BEJ

logowanie
Zaloguj
Nie pamiętasz hasła?
Szukaj

Tęsknota (odc. 16)

(następny fragment opowiadania)

Uściskałyśmy Gosię, a ona usiadła na kawałku wystającego z ziemi pniaka, żeby trochę odpocząć.
-Bogu dzięki, że wróciłaś, Gosia, Bogu dzięki! – powiedziałam.
-Nie tylko, że wróciłam, ale i przyniosłam wum cóś do jedzynia. Możeta spróbować, bo zaro trza byńdzie iść dali – i wyciągnęła spod ubrania kilka pachnących jeszcze maślanych bułeczek, zapakowanych w kapuściane liście.
-Ale pyszne! – skosztowała Lesia. – Gdzieś-ty to, Gosia, upiekła?
-Łupiekłam, a jakże, łupiekłam – odpowiedziała i zaczęła nam opowiadać swoje przygody we wsi.
Prawie zaraz na początku napotkała starą kobietę na drodze, idącą od strony wsi z wiklinowym koszem. Szła z folwarku i niosła jedzenie ludziom pracującym na polu przy wykopkach. Jak usłyszała Gosi polską mowę, to od razu ją poczęstowała bułką i jeszcze ciepłym mlekiem. Kazała jej poczekać i posilić się, a sama zaniosła robotnikom świeży posiłek i obiecała, że zaraz wróci. I rzeczywiście, za pół godziny wróciła i zabrała ją niedaleko do folwarku. Tam posadziła w kuchni przy stole, dała gorącej kawy zbożowej z mlekiem i dwie pajdy chleba z gotowanym jajkiem i śmietaną. Kazała Gosi poczekać i za kwadrans sprowadziła do niej zarządcę majątku, pana Świerczyńskiego (tak się naprawdę nazywał, a nie jak nam powiedziała wcześniej, że Leszczyński).
Ten wziął ją do drugiej izby i wysłuchał, co ma Gosia do powiedzenia. Wieś nazywała się Baborowo, a niedaleko była druga wieś Baborówko, gdzie od wielu lat był pałac bogatego Niemca, jakiegoś barona czy arystokraty. Pan Świerczyński obiecał nam coś załatwić, kwaterę u siebie lub we wsi. Miałyśmy teraz iść do folwarku, póki wszyscy robotnicy byli jeszcze w polu. Jak nie będzie mocno padać, to będą pracować tam do wieczora, z przerwą na obiad, który im przywiozą z folwarcznej kuchni.

Pierwszą noc spędziłyśmy jeszcze w trójkę, w kącie na strychu nad oborą. Było ciepło, bo wszystkich krów pod nami było chyba ze dwadzieścia, a myśmy spały na wspólnym materacu, przykryci wspólnymi pledami i pierzyną, wśród pachnącej, wyschniętej słomy.
Pan Świerczyński zapowiedział, że na następną noc może nas zaprosić do zamieszkania w dworku, gdzie miał jeden wolny pokój do dyspozycji, jako zarządca ustanowiony dla całej wsi przez niemieckiego komisarza. Tak też się stało, dwie noce spałyśmy jeszcze w trójkę na jednym łóżku i jakoś udało nam się wyspać. Już od następnej nocy, po tym jak Gosia odjechała – spałyśmy już na nim we dwie – ja i Lesia. Pani Sowińska powiedziała nam po cichu, że właściciela majątku i dworku jeszcze we wrześniu 1939 roku Niemcy gdzieś wywieźli i prawdopodobnie rozstrzelali. Jego żonę wraz z dziećmi też wtedy wywieźli na teren GG, bez prawa powrotu tutaj.
Gdy po dwóch dniach od naszego przyjazdu Gosia otrzymała od pana Świerczyńskiego fałszywe zezwolenia i dokumenty na podróż, to już następnego dnia była w drodze do swoich Osięcin. Miała nadzieję przedostać się do swoich "dziecioków". Jeśli się to uda, to miała zawiadomić Lesi mamę, co się dzieje z jej córką, a także w jakiś sposób moją kochaną rodzinę na Turzyńcu.
A potem przez prawie dwa tygodnie byłyśmy same we dwie, mieszkając i śpiąc w tym małym pokoju. Używała go swego czasu córka pana Świerczyńskiego, która obecnie przebywała w Szwajcarii, ponieważ rok przed wojną podjęła tam studia, podobnie zresztą jak dwadzieścia kilka lat wcześniej jej tata. Była to jego jedyna córka, a żona już nie żyła.
Same dbałyśmy, żeby było czysto i przytulnie w naszym azylu, same paliłyśmy też drewnem w piecu kaflowym.
Pan Świerczyński nie chciał, żebyśmy za często pokazywały się na zewnątrz. „Trzeba uważać. Nigdy nie wiadomo, czy jakaś szuja nie jest gdzieś tu obok i nie donosi”. Nie miał też możliwości zorganizować nam od razu dokumentów, pozwalających na powrót na Kujawy.
"Musi to potrwać, zanim zdobędziemy te papiery. Trzeba działać powoli i ostrożnie, żeby nie było katastrofy" - powiedział. Musiałyśmy czekać. W razie „wizyty” Niemców, znaczy się policji lub żandarmerii, miałyśmy się schować w schowku umieszczonym na strychu i nie ruszać się tak długo, dopóki nie minie niebezpieczeństwo odkrycia naszej obecności. W każdym przypadku pokój miał być tak pozostawiony, żeby pan Świerczyński spokojnie mógł powiedzieć, że tak zostawiła go jego córka, że nikt w nim nie przebywał, a on w nim nic nie ruszał.
Ponieważ chciałyśmy zarobić na chleb i na nasz tutaj pobyt, to pozwolił nam trochę pracować. Najpierw wprowadził do zespołu pracowników folwarcznych tylko mnie. Opiekowałam się końmi w stajni oraz krowami w oborze. Znałam tę pracę z naszego gospodarstwa w Turczynie, więc wykonywałam ją tutaj bez żadnych trudności. A jeśli chodzi o konie, to muszę przyznać, że lubiłam bardzo to robić, tak samo jak lubiłam te wspaniałe zwierzęta w naszej wsi.
Lesia miała być przez pewien czas „jeszcze mniej widoczna ode mnie”, czyli siedzieć tu, wewnątrz dworu i jak najmniej wychodzić. Miała też pomagać w kuchni, bo pan Świerczyński miał pełne zaufanie do pani Sowińskiej. To jej starszą siostrę spotkała wtedy na drodze Gosia, co spowodowało, że znalazłyśmy się w tak dobrych warunkach tu, na folwarku w Baborowie. Dał Lesi także pracę przy sprzątaniu i porządkowaniu innych pokojów i pomieszczeń dworu, w tym jego osobistego gabinetu oraz biura.
Tak minęły już niemal trzy tygodnie naszego pobytu tutaj. Była sobota i tak jak czasami się nam wcześniej zdarzało – postanowiłyśmy iść na przechadzkę do pobliskiego lasu. Dochodziła już godzina trzecia, więc pomyślałam, że do wykonania moich popołudniowych i wieczornych obowiązków w stajni i w oborze zostanie mi jeszcze co najmniej godzina, gdy wrócimy.
Lesia nie miała nastroju do rozmowy, szła jakoś mocno zamyślona, wręcz zasępiona. W miejscu, gdzie wtedy, trzy tygodnie temu, czekałyśmy we dwie na powrót Gosi z owych pamiętnych „zwiadów”, zatrzymałyśmy się, żeby sobie trochę powspominać. Spojrzała na mnie i powiedziała:
-Mario, nie obraź się, ale ja tu już nie mogę być dłużej, w tym Baborowie. Ja muszę stąd wyjechać, natychmiast, jutro. Ja już dłużej tego nie wytrzymam, muszę wrócić do Włocławka…
Nie byłam tym bardzo zaskoczona, już wcześniej wiele razy zauważyłam, jak jest za każdym razem rozczarowana, gdy na pytanie o potrzebne nam dokumenty, pan Świerczyński mówił wciąż to samo: "Musimy być ostrożni, jeszcze trochę to potrwa. Załatwianie fałszywych dokumentów jest związane z ryzykiem, niejeden przypłacił to więzieniem, a nawet życiem ”(*).
Nie dalej, jak w tę właśnie sobotę otrzymała podobną odpowiedź: „Dzisiaj jeszcze nie mam, trzeba jeszcze poczekać”.
Mimo to spróbowałam ją odwieść od tego zamiaru, jaki mi teraz zaprezentowała:
-Lesiu, w razie wpadki nie będziemy miały szans się wyratować z opresji, zwłaszcza ty. Ja chociaż mam wpisane miejsce pracy we Włocławku, a ty nie masz nic. Obie nie będziemy miały zezwolenia na podróż, a przecież żandarmeria wszystkie pociągi kontroluje.
-Mario, nie chcę, żebyś się narażała. Nie chcę, dlatego pojadę jutro sama. Podobno w niedzielę nieco mniej dokładnie kontrolują, może się uda. Znam niemiecki, dam sobie radę. Ty przyjedziesz wtedy, gdy otrzymasz zezwolenie.
-Nie, nie, nie – odpowiedziałam. – Albo jedziemy razem, albo żadna z nas i czekamy na moment, kiedy będziemy mogły jechać obie. Jak skakałyśmy z pociągu, też tak mniej więcej powiedziałaś: „Albo idziemy wszystkie, albo Gosia sama”. Teraz Gosia już jest, chwalić Boga, pewnie w swoich Osięcinach, więc teraz mówię: „albo jedziemy razem, albo żadna z nas”.
-Tego cię nauczyli w harcerstwie? – spytała poważnie.
-Dokładnie tak. Jedna za wszystkie, wszystkie za jedną - odpowiedziałam.
-Chodźmy dalej, nie ma co tak tu stać – rzekła w zamyśleniu. –Chodźmy, coś ci opowiem.
Poszłyśmy razem po ścieżce, trzymając się pod rękę. Lesia spokojnym głosem zaczęła swoją opowieść.
-Mieliśmy w tamtym roku trzydziestym dziewiątym ślubować na Boże Narodzenie. To taka tradycja w jego rodzinie, że wszyscy panowie ślubują na Boże Narodzenie. Mój Boże, Mario, jaka ja byłam szczęśliwa. Niemal całe wakacje spędziłam na planowaniu wszystkiego - naszego mieszkania, naszego ślubu, naszych strojów. Pan młody będzie oczywiście w galowym mundurze oficera Wojska Polskiego, z szablą u boku, w otoczeniu swoich kolegów oficerów. Panna młoda w białej sukni z długim trenem, z wiązanką czerwonych różyczek.
Tadeusz jest bardzo dobrym tancerzem, sam nie musiał się pod tym względem przygotowywać. Ze mną było gorzej, więc musiałam poćwiczyć. Ponieważ nie mógł opuszczać swojej jednostki, żeby ze mną tańcować, to rolę mojego „trenera” od tańca pełnił mój starszy o dwa lata brat Grzegorz, też całkiem w tym dobry. Ćwiczył ze mną walce, polki i kujawiaki prawie przez cały lipiec i pół sierpnia. Miałam tak ćwiczyć, by być równie jak Tadeusz świetną tancerką. Bo to przecież miał być nasz błysk, mieli się wszyscy zachwycić młodą parą w tej kantynie oficerskiej, w dniu naszego ślubu.
Przerwała, jakby zastanawiając się, czy może opowiadać mi dalej. Nic nie mówiłam, więc kontynuowała.
-Mario, ja tak go kocham! On jest taki czuły, serdeczny. Zawsze przyjeżdża do mnie z jakimiś kwiatuszkami. Całuje moją rękę, ale wcześniej zawsze wita się szarmancko z moją mamusią, jeśli jesteśmy razem. Tak go wychowali i tak mu nakazywał ten ich kodeks oficerski. Ileż to razy trzymał mnie za ręce i mówił: "Lenia, jak ty pięknie wyglądasz z tym uśmiechem!" „Tak ci do twarzy z tą twoją radością!”. Tak samo, jak ty, Mario, wtedy powiedziałaś do mnie w tym lesie, tu w tym samym miejscu, gdzie przed chwilą byłyśmy.
Przerwała, głęboko oddychając i przez dłuższą chwilę obie stałyśmy obok siebie bez ruchu.
-Mówił i pisał takie czułe listy, a w każdym zapewniał, że mnie kocha. Mnie, jedyną, najdroższą i wybraną.
Znów przerwała, emocje nie pozwalały jej mówić. Stanęłam przodem do niej i wzięłam ją za rękę.
-Lesiu…
Zadrżała na swoim szczupłym ciele i ujrzałam dwie łzy w jej pięknych, jasnych oczach. Dotknęła ręką swoich piersi i spojrzała mi głęboko w oczy.
-Ostatnim razem przyjechał do nas w przedostatnią niedzielę sierpnia. Byliśmy o dziesiątej w katedrze na Mszy świętej, a potem zaprosił mnie na spacer. Byliśmy najpierw w tym naszym parku nad Zgłowiączką, potem nad Wisła. Staliśmy w miejscu, gdzie było wyraźnie widać obie wieże katedry, choć bujna zieleń królowała na drzewach. Zabrzmiały dzwony, bo było już południe, a pogoda była śliczna. Powiedział wtedy, patrząc mi w oczy i stojąc twarzą do mnie, tak jak teraz ja przed tobą:
„Lenko, wkrótce ma być wojna, pojadę na front. Już w najbliższym tygodniu pojedziemy tam, gdzie wyznaczą nam nasze pozycje. Będę tęsknił za tobą, najdroższa moja. Moją największą nadzieją zawsze będzie to, że wrócę do ciebie.”
Wzięłam go za ręce, tak jak teraz ciebie, i spojrzałam mu w oczy. Powiedziałam: „Najdroższy! Zawsze będę czekała na twój powrót. Ślubuję ci miłość, wierność i że cię nie opuszczę aż do śmierci!”.
Pocałował moje ręce i patrząc mi także w oczy odrzekł w podobny sposób: „Najdroższa! Ślubuję ci miłość, wierność i że cię nie opuszczę aż do śmierci”.
Znów przerwała, ale tym razem nie odważyłam się o nic zapytać. Po chwili ciągnęła swoją opowieść.
-Mario, od dwudziestego pierwszego września tamtego roku nie mam od niego żadnej wiadomości. Nic o nim nie wiem, gdzie jest, co robi, czy w ogóle żyje. Nic, zupełnie nic. Od ponad trzech lat modlę się codziennie do Boga o jego powrót, ale mam już teraz coraz mniej nadziei, że kiedyś to się stanie. Nie przestanę go kochać i jak przyjdzie mi umierać, to będę miała jego imię w sercu. Od trzech lat nigdzie się nie ruszałam, nigdzie nie chciałam wyjeżdżać, czekając na jakikolwiek list od niego, jakąkolwiek wiadomość, jakiś promyk nadziei na ziemi, na niebie czy w powietrzu. Dopiero teraz Niemcy wyrwali mnie z Włocławka, pierwszy raz od tych trzech lat. Wsadzili do pociągu i zerwali w ten sposób jeszcze jedną nitkę nadziei. Jeszcze jedna ich zbrodnia – zabicie nadziei.

Uklękła na mokrej trawie w tym „naszym” lesie i wyszeptała cicho, lecz wyraźnie:
-Kochany, nigdy cię nie opuszczę, aż do śmierci, tak mi dopomóż Bóg.
Uklękłam koło niej. Ścisnęła moją rękę, podniosła ją do ust i pocałowała. Chciałam cofnąć rękę, trochę zawstydzona tym jej gestem, ale ona wyjaśniła:
-Mario, kochana Mario! Całuję twoje kochane ręce, którymi mnie ratowałaś od śmierci. Nie zapomnę ci tego nigdy, przenigdy. Chcę i chciałam żyć także dla niego, żeby miał do kogo wrócić. Żeby wiedział, że czekam na niego, jak zawsze kochająca. Dlatego, żeby przetrwał wszystko, nawet najgorsze. Dlatego muszę tam wrócić, bo tam na niego czekam i on o tym wie.
Milczałam.
-Jesteś taka dobra, taka kochana – westchnęła. – Z tobą jest łatwiej znieść to wszystko, tę moją bezgraniczną tęsknotę do niego. Trudno jest mi nawet wytłumaczyć, jak boli, jak przygniata ta niepewność i ta niknąca z każdym dniem nadzieja. Dzięki tobie, Mario, bardziej chce się żyć i czekać. Czekać, czekać, czekać, w tej mojej samotni wciąż czekać.
Nie umiałam znaleźć jednego słowa odpowiedzi, więc dalej milczałam. Dotknęłam delikatnie jej włosów i wilgotnych oczu, a ona powiedziała mocniejszym głosem:
-Musimy już iść, siostrzyczko, bo masz jeszcze tyle pracy. Musimy potem iść spać, ty żebyś wypoczęła przed swoja jutrzejszą pracą, a ja przed moim wyjazdem.
Teraz dopiero usłyszałam w jej głosie odrobinę radości, której źródłem musiała być wciąż ta żywa jednak miłość i nadzieja.
-Lesiuniu, będę modlić się codziennie od dzisiaj także o to, by ci Bóg wynagrodził twoją miłość i wierność. Żeby Tadeusz wrócił.
Milczała. Jednak za chwilę odezwała się jeszcze:
-Dziękuję ci, Mario, z całego serca dziękuję. Chodźmy już.
Zaczęłyśmy wracać do dworu, wtedy powiedziała jeszcze:
-Przeczytam ci ten jeden jego list, ten ostatni przysłany z frontu. Wszystkie jego listy to mój najdroższy skarb. Ja mam go zapisany w sercu, ten list, i wiele innych. Posłuchaj:
"Najdroższa, najukochańsza Lenko!
Jesteśmy tu na pozycjach niedaleko Lublina. Mieliśmy iść na Warszawę, ale nie daliśmy rady się przebić. Serce się kraje, jakie zniszczenia wokół. Samoloty robią, co chcą, nie ma już naszych, by mogli ich zatrzymać. Na drogach od strony Warszawy i Puław pełno wozów, ludzi, bydła. Wojsko nie ma nawet jak się przedostać dalej.
Myślę o Tobie cały czas, moja najpiękniejsza Lesiu, i pytam się Boga, czy jeszcze Cię zobaczę.
Mój przyjaciel, Witold, zginął wczoraj w nocy i wraz z innymi został pochowany pod Tomaszowem. Pomodliliśmy się krótko i pojechaliśmy dalej, z resztkami naszego pułku.
Całuję buzię Twoją na fotografii, którą mi dałaś, Twoje oczy zawsze takie jasne i radosne.
Oby Anioł Twój zawsze był przy Tobie i Cię chronił.
Niech Bóg będzie zawsze z Tobą i Matka Przenajświętsza. Jestem przy Tobie całym swoim sercem i całą swoją duszą.
Twój zawsze oddany i kochający
Tadeusz (napisałem w polu pod Lublinem, 21. września 39 r.)”

Ścisnęła mocniej moją dłoń i już milczałyśmy całą drogę do końca, pomijając kilka zdań wymienionych na temat pięknej przyrody, jesiennego pejzażu, coraz większego chłodu.
Na koniec po naszym spacerze, już wewnątrz naszego pokoju, zapytałam jeszcze jedynie:
-Lesiu, nie mówiłaś mi, że masz brata. Powiedz … - przerwałam, nie wiedząc, o co pytać. W tych czasach każde pytanie, zwłaszcza o los najbliższych, mogło sprawić wielką przykrość.
-Grześ studiuje na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. W czasie, gdy była zarządzona mobilizacja, czyli w wakacje, zgłosił się na ochotnika do wojska i wysłali go gdzieś koło Torunia. Nie wiemy z mamą nic o tym, gdzie i jak walczył. Jedynie w końcu września przyszedł do mamy króciutki list od niego, napisany wcześniej, bo 20 września, informujący że wyjeżdża na Węgry. W liście pisał, że jest zdrowy i wyjeżdża. Grzegorz wiedział, że Włocławek jest zajęty przez wroga, dlatego list był tak napisany, żeby główna wiadomość nie była dla wszystkich zrozumiała. Już dawno Grześ wymyślił taki szyfr, który jak twierdzi – nie jest tak trudno złamać, ale żaden gestapowiec ani niemiecki cenzor tego nie rozszyfruje. Napisał tak, że w środku było możliwe rozszyfrowanie hasła, składającego się z 6 sylab: „I go to Hungary” (**), co mama bez problemu odczytała, że jedzie na Węgry. Mama zna angielski, ja też, ale słabiej. Mama z Grzesiem wiele razy bawili się w takie szyfrowanie informacji, między innymi w języku angielskim. Grzegorz studiuje matematykę, więc lubi szyfry i takie tam zabawy. Gdy pisał listy do nas, do domu, to zawsze wkładał nam takie zagadki. Nawet ja nauczyłam się je rozwiązywać.
-Masz jeszcze od niego jakieś wiadomości?
-Tak, na całe szczęście odezwał się do nas i przekazał nam jeszcze raz wiadomości w taki sposób, że nie wpadłabyś na to, jak to się odbyło. Na jesieni 1940 roku przyszedł do nas jego list przez Sztokholm, w którym było zapisane tym jego szyfrem, że udało mu się dojechać do Anglii. Mam nadzieję, że jest tam w tej chwili i jakoś sobie radzi.
-Lesiu, nie zamartwiaj się tak bardzo, może twój Tadeusz da wkrótce znać o sobie. Może też wyjechał, na przykład do Anglii, ale nie ma możliwości ci o tym napisać – próbowałam ją pocieszyć.
-Mario, cały czas się jakoś pocieszam i nie tracę nadziei, że wróci do nas – odpowiedziała, uśmiechając się.
Zdjęła coś ze swojej półki, jakiś portfelik, i wyjęła pożółkłe zdjęcie rodzinne, wyjaśniając z uśmiechem:
-To zdjęcie z dwudziestego roku, zrobione na Wielkanoc. Tutaj jest mój tatuś, a przy nim Karolek. Miał wtedy cztery lata. Koło mamy stoi nasz Grześ, miał wtedy coś koło półtora roku. Mama jest w ciąży, a pasażerką jej ciężarówki, jak mawiała, byłam ja. Urodziłam się za dwa miesiące, trzeciego czerwca, w Boże Ciało. Mama mówiła, że jak skończyła się procesja, to tata zaprowadził ją do szpitala i tam się wkrótce nasza rodzina powiększyła. Tata był cały czas w wojsku, ale stacjonował pod Włocławkiem. Choć była wojna z bolszewikami, to jednak dostawał przepustki na każde święta. Dopiero w sierpniu wysłali jego jednostkę pod Warszawę, ale tata wrócił wtedy cały i zdrowy.
-Jakie śliczne zdjęcie! Naprawdę, piękna rodzinka – dodałam.
-Tatuś zginął we wrześniu trzydziestego dziewiątego, nawet nie wiem, gdzie jest jego grób – odparła ze smutkiem. – Karolek umarł na szkarlatynę, kiedy miałam trzy lata, więc nawet go nie pamiętam. Rodzice opowiadali nam o nim dużo, ale tylko Grześ coś pamięta bezpośrednio ze swego dzieciństwa, ja byłam jeszcze za mała.
Uścisnęłam ją ze smutkiem i za minutę poszłam pełna rozmyślań do swojej pracy do stajni. Niedługo jednak trwało, gdy przybiegła Lesia i zawołała mnie na rozmowę do pana rządcy.
-Musimy wyjechać – rzuciła po drodze, ale tym razem w jej głosie usłyszałam radość. Najwyraźniej jej tęsknota powodowała, że ucieszyła się perspektywą nieuchronnego wyjazdu, chociaż jeszcze nie miałam pojęcia, dlaczego mamy wyjeżdżać.
Po drodze zadałam tylko jedno pytanie:
-Czy wyjeżdżamy dzisiaj lub jutro?
-Mam nadzieję, że tak – odparła i zatańczyła z radosną twarzą tuż przed schodami wejściowymi do dworku. Do dziś pamiętam te jej długie, jasne włosy, wirujące w świetle słonecznego popołudnia.


(*) Patrz hasło w „Encyklopedii konspiracji wielkopolskiej”, praca zbiorowa pod red. Mariana Woźniaka ”, wyd. Instytut Zachodni, Poznań 1998r., str. 583 (oprac. Marian Woźniak, cytat): „Toporski Marian (1913-1942) ps. ‘Tybr’ (…) Od jesieni 1939 zatrudniony w Urzędzie Pracy (Arbeitsamt). Zaprzysiężony do NOB w kwietniu 1940 przez ppor. Jana Granatowicza (‘As’) (…) Jego głównym zadaniem było dostarczanie fałszywych dokumentów pracy i informowanie o planowanych przez władze niemieckie wysyłkach młodzieży do prac przymusowych w głąb Rzeszy. Aresztowany przez Gestapo 8.XI.1941. Przeszedł ciężkie śledztwo w Domu Żołnierza i w Forcie VII. Wyrokiem Wyższego Sądu Krajowego (OLG) na sesji wyjazdowej w Oławie 17.XI.1942 skazany na karę śmierci. Stracony 17.XII.1942 w więzieniu przy ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu”.

(**) [Ang.] „Jadę na Węgry”

Dodano: 2016-11-09 10:21:41
Ten wiersz przeczytano 525 razy
Oddanych głosów: 6
Rodzaj Nieregularny Klimat Dramatyczny Tematyka Miłość
Aby zagłosować zaloguj się w serwisie
zaloguj się aby dodać komentarz »

Komentarze (9)

Janusz Krzysztof Janusz Krzysztof

Dorotek
Milyena
Cieszę się, że się podoba. Bardzo dziękuję za wizyty i
miłe komentarze. Zapraszam ponownie i serdecznie
pozdrawiam.

DoroteK DoroteK

faktycznie, czyta się z przyjemnością to co napisałeś,
niesamowita historia, ostatnie ujęcie oszałamiające

Janusz Krzysztof Janusz Krzysztof

Bronisława
Bardzo dziękuję za wizytę i miłe słowa komentarza.
Serdecznie
pozdrawiam.

Janusz Krzysztof Janusz Krzysztof

Beata
Anna
Madame Motylek
Bardzo mi miło, że czytają Panie moją opowieść i że
jest interesująca. Opowieść z życia Polaków sprzed
ponad 70 lat.
Bardzo dziękuję za wizyty, komentarze i serdecznie
pozdrawiam.

anna anna

bardzo dobre opowiadanie, wciągające, poruszające
serca.

Beata1* Beata1*

Dzisiaj miałam trochę czasu i z zainteresowaniem
przeczytałam. Merytoryczna wiedza i empatia pozwalają
przybliżyć pojedyncze, dramatyczne losy ludzi. Bardzo
dobre opowiadania. Pozdrawiam

Dodaj swój wiersz

Ostatnie komentarze

Wiersze znanych

Adam Mickiewicz Franciszek Karpiński
Juliusz Słowacki Wisława Szymborska
Leopold Staff Konstanty Ildefons Gałczyński
Adam Asnyk Krzysztof Kamil Baczyński
Halina Poświatowska Jan Lechoń
Tadeusz Borowski Jan Brzechwa
Czesław Miłosz Kazimierz Przerwa-Tetmajer

więcej »

Autorzy na topie

kazap

Ola

Bella Jagódka

AMOR1988

marcepani

anna


więcej »