Wiersze SERWIS MIŁOŚNIKÓW POEZJI GRUPA AUTORÓW BEJ

logowanie
Zaloguj
Nie pamiętasz hasła?
Szukaj

Dziwaczna kraina

Opowiadanie dla wiersza i wiersz dla opowiadania.

W miejscu, innym niż wszystkie jakie znamy,
żyła królewska rodzina, na pozór zwyczajna,
lecz barwna w tradycje, a nawet i skrajna.

Mieszkańcy szczęśliwi w swojej krainie, że dzień po dniu 
radośnie im płynie.
Wszyscy razem i każdy z osobna była to historia aż nieprawdopodobna. 

Krainą tą rządził jegomość wszech wielki,  co puszczał swym nosem komiczne bąbelki.
Miał on  dwie siostry, brata i wuja, znanego z swej czapki uszytej z kocura.
Siostry natomiast, to obraz szalony, tłuste i  grube jak wielkie balony.
 Turlały się zawsze, gdy chodzić kazano, a gdy toczyły się szybciej za bieg uznawano, jedna z tych większych, gdy rozpęd raz wzięła, odbiła się mocno i w chmurach zniknęła. 

Brat króla, to już dłuższa opowieść, mężny waleczny  chodź kawał to zbója. Żył nieprzeciętnie, wydawał fortunę, na stroje dla żony, jedzenie i zbroje . Kochał dostatek, lecz na cudzy rachunek, wciąż mu ktoś dawał pieniężny ratunek. Miał on nieznaną dziwaczna chorobę, potrafił się często przebierać za żonę. Nosił się w sukniach i wkładał pończochy i jak to ,,baba,, miewał też fochy. Malował paznokcie i usta w czerwieni, mówił z przekąsem do mijanych gawiedzi. Chodził do sklepu kupować majtki, zawsze w komplecie w kolorze do halki. Po drodze ze sklepu odwiedzał fryzjera, taka to była u niego maniera.
 Żona spokojna nie wiedząc też czemu, znosiła, to dzielnie w swym usposobieniu. Raz lecz przebrała się wszelką to miara, gdy mąż zaczynał udawać barana. Beczał ryczał i tupał nogami bodził przechodniów jakby rogami. 
A gdy słoneczne nastały dzionki chciał się z futerka ostrzyc u żonki.
 Żona cierpliwa jak wiemy z litości, albo z prawdziwej jak mówią miłości.
 By wspierać męża, aż choroba minie, sama też często udawała świnie, kwiczała chrumkała i jadła w korycie, takie to mieli przedziwne życie. 
 Król wszystko wiedział, lecz słowem nie z karcił, bo sam też nie rzadko dziwaczne miał wpadki,  a gdy tak miewał te dziwne ciśnienia,  bańki gilowe wypuszczał jak trzeba .
 bomblował gilami jak dzika bestia, taka to była z tym królem kwestia.  
Miewali na zamku rodzinne zjazdy, każdy przynosił ze sobą gwiazdy, robili je z gliny i cieli z papieru, choć nikt tak do końca nie wiedział ku czemu. Puszczali też statki i w chmurach latawce, skakali skakanką, biegali po ławce, poili się szczęściem, gdy grali klasami, lecz zawsze i wszędzie  dziecięcymi grami. 
Były pokazy, wygłupy i żarty. Zjeżdżali z poręczy ubrani w skafandry, na nogach mieli narciarskie buty a w rękach trzymali kijki lub druty.
 Istna brawura lub groźny akt, gdy wuja z poręczy się nadział na pal, wbił mu się w dupsko tak gładko jak mógł, że wuja zawył jak kościelny chór.
 Król za rechotał jak stawowa żaba, rozszerzył swe chrapy jak wielka fosa, no i wiadomo, co wylazło mu z nosa. Gilem wymazał poręcze i schody, aż wszyscy oknem frunęli do wody.  
Wpadł pierwszy brat a na niego król, w gęste zarośla poleciał też wuj, z okna, wnet pręży się pomocną dłoń, aż wyleciała siostra wielka jak słoń. Dupskiem runęła jak wielką góra, pod wodę dała niezłego nura, sile tak wielkiej się nikt nie postawi, wszystkich ze stawu wymyło na fali. Już by się nawet zaczęli śmiać, lecz to nie wodą, a brudny staw. Woda tak gniła, zupełny to smród , że wuja puścił pawia w ten bród. 
Paf ten uraczył także i króla, wymiotów była już spora góra. 
Dobrze że siostry się powstrzymały bo chyba wszystkim wyszły by gały. 
Występ w sadzawce był ten ostatni,  chęci opadły na dalsze igraszki.
 Dzień dobiegł końca nastały mroki, ze światłem marnie mieli tej nocy, w krainie wszakże wszystko tak żyło lecz nic po zmroku im nie świeciło.
Żyło tam słońce za dnia i jego odbicie a księżyc po zmroku  zniknął gdzieś na orbicie. 
Noc dla większości, to czas do poduchy, lecz tu o północy budziły się duch. Duchy jak wiadomo zwyczajne to stwory, dla jednych zabawne dla innych potwory. Nie inaczej było i w tym przypadku, jeden duch to bobas a inny po dziadku, przybierały również zwierzęce wcielenia,  kury domowej a nawet jelenia. Wnet pojawiali się zupełnie z znienacka, niczym upiorna jak nocna zasadzka. Ubrani w bieli i dosyć mali, po czym się śmiesznie powietrzem dmuchali. Rosło im kolejno, raz uszy, raz brzuchy, po czym zaczynali brzęczeć jak muchy. Bzyczeli, syczeli, świstali aż miło, gdy nagle z nich szybko powietrze schodziło. Gdy uszło do końca,  robiły się flaki, spadali na ziemię jak deszczu robaki. 
Gdy w ziemię waliły to lekko jak puch, bo wiemy jak ciężki może być duch. 
 Wpadały na domy,  sterczące kominy, robiły się duchów rwące lawiny. Wlewały się oknem, przez komin, przez dach, by w głowach mieszkańców pojawić się w snach. 
Tu król wyłapał ich z dobre sześć, były to duchy, co krzyczały jeść. W śnie król się skręcał, zalały go poty, ile to będzie miał teraz roboty, wciąż ujadały, że muszą coś jeść, a w drodze było już kolejne sześć.
Król jednak szczęście miał, lecz nie jego wuj, który w koszmaru wpadł niezły wór.
Ciężki ten sen był na tyle, że brały w nim udział krwiożercze motyle. Gryzły go w stopy, smyrały w pachy, kręciły we włosach niezłe szałasy. Lecz koszmar się zaczął, gdy przyszło pieczenie, bo wuj na  motyle miał uczulenie. Stopy i pachy mu nieźle już z puchły, wielkie wyrosły, aż w końcu wybuchły. Wybuchły pachy, wybuchły boki, wuja eksplodował, aż po obłoki. 
Nie każdy duch miał tyle szczęścia, zwłaszcza ten, co wpadł w sióstr obcięcia.
Łapały duchy w kleszcze i szpony, były praktycznie bez rządnej obrony. Szansa by przetrwać tym mniejsza się stała, gdy siostry strzelały z mosiężnego działa. 
Chwytały w sidła i zkówały w kajdany, cięły w plasterki lub całych zjadały. Żywot w ich śnie to tragedia nie mała, tylko nie które wyrwały się z ciała. 
A brat króla jak tradycja przystała, sen miał króciutki, lecz opowieść nie mała. Nie czekał on bowiem na duchy w swym śnieniu, wymyślił więc bajkę o swym nawróceniu. Nawrócił się bowiem w swym dziwnym sposobie, ze zbója się czyniąc królem w koronie. Pozbył się także dziwacznych gówienek, pończoch, szminek i pięknych  sukienek. 
Sen ten z pewnością dla niego był zmianą, lecz reszta niestety była już plamą. Król może z niego był męsko ubrany, lecz reszta poddanych to zwykle barany. Ryczały beczały za swoim królem,  by ten odstąpił sukienki swe z bólem.  Szarpały się wściekle o jego ubrania, była wiec gejów impreza barania, szmaty były w zasadzie jak nowe i wszystkie co ważne w kolory tęczowe. Król wciąż rozdawał nowe zakupy, wbijały się stringi w baranie dupy, staniki wypchane, pękały fiszbiny, aż król z tej zmiany rozkoszne miał miny. 
Dziadek jedynie z nich wszystkich miał fory, spał jak susełek nietknięty przez stwory. Może miał szczęście, że tak twardo spał, bo by się w pory ze strachu zlał. 

Poranek był jak po imprezie kac, gdy oczy otworzyła, co druga ofiara, słońce paliło w ślepia jak podwójna kara.
Głowy w bólu, i w zakwasie dłonie, zmęczone słabe i ciężkie jak słonie. 
Brat króla jako jedyny o śnie zapomnieć nie zdoła, był dla niego jak instrukcja niczym kodeks matołka.
Nie musiał długo czekać, by wyruszyć w drogę, na wyprawę gdzie spotka swą baranią załogę. Będzie dla nich królem wodzem i mistrzem, a zwłaszcza tęczowym bożyszczem.
Spakował się szybko w większości jedzenie, i lekko z radością porzucił swe mienie. Władował w walizy, to trawę, to siano, tak jak to daje się w trasę baranom. 
Zabrał ze sobą  też szczotki, grzebienie, z myślą o futrze i jego higienie. No i pamiętał też zabrać lusterko, by móc podziwiać swe nowe futerko. 

Odprawa do drogi już prawie skończona, lecz z nikła bez wieści jego połowa. 
Wiedział, że pewnie  ma jakiś plan, jak zawsze zostanie z nią sam na sam.

Na pewno coś knuje, jak w zeszła sobotę, zwłaszcza jak skończy wcześnie robotę, wiadomo przecież że obcy jej strach i rzadko ładuje swą głowę piach. Słyszał on wszakże, że czasem się boi, nie stroni wówczas od tanich jaboli. . 

A jak do tego odwagi nabrała, to i skręciki jak komin jarała.
Tak i tym razem czeka go bicie, na pruta i dzika uprzykrzy mu życie
Nadciąga tsunami huragan i grad
Jak długi w popłochu na ziemię padł. 
Na bani lata ona i chata, 
szum i harmider zupełny gnój, 
rzuca nożami i strzela też z  bata, 
klnie jak rasowy więzienny zbój. 

Zacisnął pośladki, głęboki wziął wdech, no i niestety spotkał go pech. 
Patelnia dostał prosto w kinola, lała go wałkiem i tłukła jak schab. Twarz już prawie nic nie podobna,  morda  czerwona zupełnie jak rak. 
Bełkotał coś marnie w litości próbie, że  nigdzie nie idzie, że porzuca plan, 
-wiesz mój robaczku jak często się gubię,
szeptał posłusznie opuchły od ran. 

Tak właśnie kończy się durna wyprawa,  gdy projekt jest zryty jak jego pan, wraca czasami do niego myślami, lecz to nie przysporzy mu więcej ran.

Noc na szczęście już przeminęła, dzień kolejny jak zawsze w  radości, będzie już w wkrótce pełny od gości. 

Król nareszcie ogłosił bal, rozwiesił transparent nadziany na pal.  Gości jak zawsze przybędzie nie mało, ubranych szczególnie jak na to  przystało.

Bal w swych zasadach będzie dość prosty, przebrać się można nawet w porosty.  Ciężko aż ująć to zwykłymi słowami, czy nawet nazwać jakimś strojami. Fantazja dowolna, pomysły bez granic. 

Przybędą  goście jak kosmitów najazdy. Dupska wieźć będą dziwaczne pojazdy. Z aut się wywleczą krokiem balowym 
Nago wręcz tylko z listkiem figowym, upusty fantazji  będą lawiny na widok pomysłów aż zbledną im miny.
 
Imprezę z tradycją król rozpoczyna, twarz uśmiechnięta lecz struj to już kpina, wyglądem chciał stworzyć rdzennego murzyna, a wyszła jak zawsze nieszczęścia lawina. Czarny jak ziemia zupełnie jak noc, na barkach zawiesił coś jak by koc. Buty na nogach miał w barwy tęczowe, jedyne w tym stroju w kolory bajkowe.
Kręcił się wiercił dumny jak paw, i minę królewska do mowy już miał. 

Witajcie moi drodzy poddani, dziś wszyscy uciechą będziecie oddani. Tym bardziej zabawa nabierze rumieńców im więcej pojawi się tu napaleńców. Każdy z was czekał dziś na te chwile, aż kręcą się w brzuchu z radości motyle. A. 
Bawcie się  razem, i po Gałach gazem.  Łamcie swe nosy i w żebra kosy i z umiarem picie w trosce o życie. Bal w tym roku chyba gdzieś z czwarty, oficjalnie uznaje  za otwarty. 

Król miał przemowę głupsza niż strój, miewali też takie braciszek i wuj. Gdyby tak dłużej słyszeli ten głos, z pewnością by stracił swój  prosty  nos.
Na balu pojawił się również brat króla, ubrany w warstwy coś jak cebula, akcentem szczególnym wykończył ubiorek, wtykając gałęzie, na kształt jak szczypiorek. Żona trzymała chusteczki na dłoni, jak od cebuli by łzę swą uronił. Były szkielety, i ślubne kreacje, malunki na twarzach jak w wojsku na akcje. Ozdoby przeróżne świecące klejnoty, i jakie by tylko nie wyśnił dziwoty.
Lecz każdy ciekawy był sióstr kreacji, i czekał tej chwili aż ruszą do akcji. Jak zwykle siostrzyczki umiały się droczyć,  bo gdzieś o północy miałem tam wkroczyć. W alej do zamku pojawił się cień, wszyscy stanęli prości jak pień. Wóz ten wyraźnie dla sióstr był za mały, wisiały na bokach tłuściutkie ich zwały,  zaprzęg  przybrany był  w wątłe oślice, ubrane w gorsety z ryżowym obszyciem. Ledwo w tych strojach się z wozem zmagały, zwłaszcza, że ciężar na nim nie mały. 
Dyszały, prychały, plątały kopyta, droga ich ciężka jak w smole wyryta. Zaprzęg do zamku metrów miał kilka, ukazał przebrania motylka i wilka. Większa siostrzyczka uszyła skrzydełka i wbiła je w fałdki pulchnego sadełka. Pokryła swe ciało w kolory tęczowe a  czułki dziwaczne zdobiły jej głowę. Efektem motyla urzekać tak chciała, że dumnie skrzydłami na boki machała. Wygląd jej nawet owadem gdzieś trącał, lecz motyl podobny był raczej do bąka. Przy boku owada siedziała wilczyca, kolejna ofiara cudacznego szycia. Struj  może nawet pokroju  wilczycy, co zmaga się z masą przewlekłej cukrzycy.  Sierść jak prawdziwa zęby sterczące, wielkie i białe wampirem straszące. Pozornie z daleka budziła by grozę, gdyby nie dieta bogata w glukozę. Bo kto by ze strachem kojarzył wilczycę, wegankę do tego co łaknie słodycze. 
Do zamku kareta nareszcie dociera, zaprzęg praktycznie zjechany do zera. Osły ciągnęły po ziemi swe brzuchy, przez nogi z wysiłku, co weszły i w pupy. Siostrzyczką wyraźnie zmarszczył się miny, bo ostro się w wozie cielskami z kleszczyły. Przydał by  im się ktoś na przyczepkę jak dziadek, co wyrwać zapragną swą rzepkę. Przybiegli więc goście by ciągnąć w kolejce chwycili swe dłonie uściskiem jak lejce. Wbijały się buty w gliniastą ziemie, plątały się nogi jak gęste korzenie. Z wysiłkiem tak dużym  zmagali się dzielnie, lecz siostry wciśnięte ruszały się miernie. Gdy z ryli w wysiłku zupełnie podłożę, nagle od wozu odpadło podwozie, pękały deski jak gałązki na mrozie, jak zdarza się często przy wietrznej pogodzie…….
Puszczały też gwinty zrywało nity, scenariusz do klęski był wręcz wyśmienity. Z ostatnim trzaskiem ruszyły pociski,  ludzie poczuli że koniec jest bliski. W oczach się jawił strach  i zmęczenie, za sekund kilka rychłe zniszczenie. 
Docisk do gleby kilku tonowy, wciskał ofiary po sam czubek głowy. Śmignęły gładko jak po maśle nóż, nad głową pozostał głębiach się kurz. 
Król ledwo zdążył rzucić spojrzenie, na lot co ku ziemi miał swe podchodzenie. Na szczęście za zamkiem w oddali pod  lasem, runęły na ziemię z nie małym hałasem. Król aż oniemiał na widok wariacji, tak zgrabnej w swej formie lotniczej awiacji. 
Z pewnością nie ziemskie były to akcje, ciekawsze nawet niż  bujne kreacje. Pięknie zdobiły widoki balowe  zwłaszcza motylek urzekał w kolorze. 
Plan do imprezy miał tylko król w głowie, zamek się gośćmi wypełnił w połowie. Czas by rozpoczął się program zabawy, do hecy szukano nieszczęsne ofiary. Król krążył po sali ze wzrokiem snajpera, w końcu dość sporo ich w pary dobiera.
Chwyta za ręce i na scenę wpycha, każdy w obronie już ledwo dycha. Co drugi krzyczy, że to plan dosyć zryty, bo król gdzieś się zapadł a z nim rekwizyty. Przez myśl przeleciała swobodna radocha, że król już nie wróci, bo pościł znów focha. Uśmiechy na mordkach szybciutko zniknęły i żuchwy z wrażenia, co się wysunęły. Zza kulis wychodzi król z trzema workami, w jednym są piłki a reszta z korkami. Z radochą oznajmia władca krainy, że zaraz na uśmiech zamienią się miny. Na parę wypada założyć dwa korki, a nogi w skarpetach zamknięte są w worki. Para w ten sposób jest z trzema nogami, dwie sąsiednie splątane workami. Ręce każdemu lądują za plecy, związane sznurkiem przynajmniej dla hecy. Sznurówka w korkach to też nogę dusi, pożytek zatem z niej inny być musi. Złączymy je wszystkie dokładnie parami, by powstał ten robak ze stoma nogami.
C.d.n

autor

tandlife

Dodano: 2020-02-17 21:33:41
Ten wiersz przeczytano 1475 razy
Oddanych głosów: 5
Rodzaj Wolny Klimat Wesoły Tematyka Fantastyka
Aby zagłosować zaloguj się w serwisie
zaloguj się aby dodać komentarz »

Komentarze (2)

MariuszG MariuszG

Piszesz, że c.d.n.? To Ci plusa dam za ten ciąg ;-)
Pozdrawiam

AMOR1988 AMOR1988

Ogromny szacunek za ten ogrom pracy od długi tekst.

Dodaj swój wiersz

Ostatnie komentarze

Wiersze znanych

Adam Mickiewicz Franciszek Karpiński
Juliusz Słowacki Wisława Szymborska
Leopold Staff Konstanty Ildefons Gałczyński
Adam Asnyk Krzysztof Kamil Baczyński
Halina Poświatowska Jan Lechoń
Tadeusz Borowski Jan Brzechwa
Czesław Miłosz Kazimierz Przerwa-Tetmajer

więcej »

Autorzy na topie

kazap

anna

AMOR1988

Ola

aTOMash

Bella Jagódka


więcej »