Wiersze SERWIS MIŁOŚNIKÓW POEZJI GRUPA AUTORÓW BEJ

logowanie
Zaloguj
Nie pamiętasz hasła?
Szukaj

Tadeusz (odc. 21)


Ostatnie promienie dnia zamierały na wysokości sufitu i wyższych częściach ścian. Tu na dole, gdzie siedział, było niemal już ciemno.
Podniósł się i wyprostował swoje zdrętwiałe ciało i otworzył dłonie. Po rozciągnięciu obu ramion palce jednej i drugiej ręki dotykały przeciwległych ścian. W drugą zaś stronę odległość pomiędzy przeciwległymi ścianami celi mógł odmierzyć na cementowej posadzce trzema swoimi stopami. Przy samym narożniku między ścianą a sufitem, mniej więcej na wysokości trzech metrów, miał to jedyne światło, pod warunkiem, że cieplejszy wiatr wydmuchał śnieg z małego okienka, tak jak to miało miejsce wtedy, tego dnia, gdy go tu wepchnęli. Jak przyszła wiosna, to mógł cieszyć się coraz większą ilością tego światła, tego drogocennego daru z nieba.
Był tu „zakwaterowany” już trzeci tydzień, a to duża ilość czasu na myśli, wspomnienia, sny, widzenia, rozmowy, krzyki, krajobrazy. Wszystko jak w korowodzie odradzało się w jego pamięci, mieszało z rzeczywistością, przestawało być realne.
Realne były tylko ten dzbanek, co im tu rano wstawiali wypełniony wodą, a zabierali kubeł z cuchnącą zawartością, po opróżnieniu którego zwracali go niemal tak samo cuchnący, ale na razie na początek pusty. W okolicach południa wlewali im do drewnianych misek trochę cuchnącej, wodnistej zupy i dawali po pajdzie czerstwego, gliniastego chleba. Mniejszej lub większej, zależnie od tego, jak się tam komuś w kuchni ukroiło. Miało być po pół kilo na głowę, ale starczało mu tylko na ten jeden posiłek. Wciąż był głodny, więc cały ten nędzny chleb zjadł od razu.
Za każdym razem świecili silnym reflektorem po podłodze, jakby sprawdzali, czy czegoś nie ukrywają. „A cóż ja tu mogę ukryć” – myślał wtedy za każdym razem. Przecież miał już za sobą sześć lub więcej rewizji osobistych, z czego przy dwóch kazali mu się rozebrać do naga. Przynajmniej właśnie wtedy w obu przypadkach pozwolili mu się umyć w ciepłej wodzie i dali kostkę mydła. Wygrzał się wtedy jak nigdy przedtem.
Teraz znowu usiadł w kącie, oparty o ścianę. Kożuch chronił go trochę przed chłodem, był gruby, długi do kolan, a kiedyś miał jeszcze skórzany pas, który mu Ruscy zabrali w poprzednim więzieniu we Lwowie. Dostał go w leśniczówce niedaleko Dubienki, ale po ukraińskiej stronie Bugu, gdzie przez jakiś czas zimowali do połowy lutego i zbierali siły i środki na forsowne przejście pod Lwów. Całe szczęście, że choć stary, to pasował na niego. Wystarczyło tylko pozaszywać dwie dziurawe kieszenie, reszta była w porządku. Ten, co miał od początku wojny, w którym przemierzył cały szlak ze swoją baterią haubic od Lidzbarka aż pod Lublin, na pewno by mu nie wystarczył. Zresztą był już tak zniszczony i podarty, że jego podwładni wyraźnie mu współczuli na początku grudnia, gdy temperatura spadła poniżej 20 stopni mrozu. Wtedy nawet jego gruby sweter nie pomagał. Zawsze jednak był w ruchu, ćwiczył, walczył, biegał, dreptał, skakał, podskakiwał, co ułatwiało zachowanie dobrej kondycji i utrzymanie ciepła.
Tam właśnie, po kilku tygodniach zimowego instruktażu i po odpoczynku w tej leśniczówce, przyszedł rozkaz z dowództwa okręgu lwowskiego ZWZ (*), by iść do Lwowa, a dalej na zgrupowanie w okolice Tarnopola. Miało to związek z tym, że sowieci zrealizowali dziesiątego lutego wielką wywózkę Polaków z tamtych terenów na Syberię. Nie było wiadomo dokładnie, co mieliby robić tam na miejscu, nowe rozkazy miały przyjść do nich dopiero w odpowiednim czasie.

Było ich teraz szesnastu, pod jego komendą, jedynego oficera w drużynie. Całą broń długą, karabiny i dwa erkaemy, zostawili zabezpieczone w leśniczówce – kiedyś tu wrócą i zabiorą. Zabrali tylko broń krótką – pistolety i granaty. Pierwszy odcinek w osłonie lasu mieli iść razem, potem mieli się rozdzielić na grupy po dwie, trzy osoby i spotkać na wyznaczonej mecie we wsi pod Tarnopolem. Nawet i tego adresu nie znał, miał się dowiedzieć na miejscu od łącznika.
Ktoś ich musiał wsypać, bo raptem już w środku drugiej nocy przy przechodzeniu przez lasy, gdy zgodnie z planem byli jeszcze razem, ośnieżone pnie i konary rozświetliło kilka reflektorów i sowieci puścili kilka krótkich i dłuższych serii z automatów w ich kierunku. Usłyszeli donośny wrzask: „Ruki wwierch!” Nie wiedział dokładnie, ile osób trafiły kule, ilu zostało rannych i w jakim stopniu. Światła reflektorów latały i wirowały w ciemnościach, ale też nie było czasu na rozglądanie się. Kto mógł, chował się za drzewami.
- Chować się za drzewa i ognia! – wykrzyczał rozkazy. – Wycofać się! Ognia!
Trudno było strzelać, jeszcze trudniej trafić, bo przeciwnika nie było widać. Przypomniał mu się wtedy jego ostatni bój z Niemcami za Tomaszowem Lubelskim, 27 września. Już wiele dni wcześniej zabrakło amunicji dla ich baterii haubic, kazali im je zniszczyć. Zostały im jedynie karabiny, bagnety, pistolety i granaty.
Wtedy także wyłoniła się znienacka grupa niemieckich strzelców, którzy pierwsi zaczęli do nich strzelać. Padli wtedy na ziemię i odwzajemnili się ogniem z dwóch ostatnich karabinów maszynowych, jakie mieli. Wtedy ich przeciwnicy wycofali się. Chyba nie chciało im się ryzykować, bo przecież wiedzieli, że polskie dywizje w rejonie Lublina już poddały się poprzedniego dnia, więc po co mieli iść na hazard z jakimiś niedobitkami.
Pomimo kapitulacji Frontu Północnego pod Krasnobrodem postanowili wydostać się z osaczenia na własną rękę, co udało im się wtedy pod osłoną lasu i w nocy. Było ich dwudziestu, lecz jeden zrezygnował i wrócił, by trafić do niemieckiej niewoli. Wszystko z powodu zranionej nogi, przez co nie mógł iść dalej. Pozostała dziewiętnastka postanowiła nie poddawać się i spróbować przedrzeć do granicy z Rumunią. Niestety, sojusznik Hitlera, sowiecka Armia Czerwona stała już we Lwowie i nie mieli szans przebić się na południe. Musieli zrezygnować, zawrócić i schronić się w lasach koło Dubienki, ale po drodze znów trzech następnych ubyło z oddziału. Nie wiedział dokładnie, dlaczego, ale przecież nie zdezerterowali, bo kapitulacja wojska oznaczała możliwość oddania broni i powrotu do domu.
Natomiast wszyscy pozostali, razem szesnastu, jeszcze w grudniu stali się żołnierzami nowej konspiracyjnej armii, Związku Walki Zbrojnej. Uważali, że nigdy nie straciła ważności ta przysięga, którą złożyli wcześniej wobec majestatu Rzeczypospolitej. On taką przysięgę też składał, przysięgę oficera Wojska Polskiego, podczas promocji w szkole oficerskiej artylerii, niemal równo trzy lata wcześniej. Złożył przysięgę i był jej wierny.
Na nieszczęście ta pierwsza ich akcja zakończyła się tragedią, bo wpadli w zastawioną przez sowietów pułapkę. Po tych pierwszych strzałach zaczęli się wycofywać, ostrzeliwując się w kierunku tych reflektorów i jakichś postaci, widocznych przed nimi jak zjawy na białym śniegu. Nagle tamci z przodu przestali strzelać, nie wiadomo dlaczego. Zaraz się to wyjaśniło - teraz nastąpiły bowiem dwie serie w górę za ich plecami i znowu usłyszeli krzyk:
-Ręce w górę! Poddać się, jesteście otoczeni! – i znowu kilka serii w górę.
Byli więc osaczeni, a przerwa w strzelaniu wynikała z tego, że Rosjanie mogliby się wzajemnie pozabijać. Kilku jego ludzi leżało na ziemi, być może ranni, jeden czy dwóch z leżących dalej strzelali pojedynczymi strzałami.
Zawsze można było analizować, co by było, gdyby, ale w tamtym momencie zwątpił w celowość poświęcania swoich ludzi i w dalszą obronę. Ich było tylko szesnastu, a tamtych chyba z sześćdziesięciu, uzbrojonych, dobrze ukrytych wśród drzew i w ciemnościach nocy. Potem się okazało, że trzej spośród nich próbowali się wymknąć z pułapki. Dwóm się udało – uciekali ostrzeliwując się przed siebie i w tych ciemnościach zdołali się przedrzeć pomiędzy drzewami. Trzeci pozostał na zawsze na śniegu, tak jak jeszcze dwaj inni, którzy do końca bronili się przed pojmaniem.
Zostało ich w końcu jedenastu, z czego dwaj byli ranni. Cała grupa była otoczona i nie było szans się urwać z obławy, więc najpierw on, a potem pozostali podnieśli ręce do góry. Odebrali im broń, kazali kłaść się w śnieg z twarzą do dołu i spętali ręce powrozami z tyłu na plecach.
-Każda próba ucieczki lub oporu to kula w łeb – usłyszeli od jakiegoś NKWD-zisty, chyba oficera.
Zapędzili ich do śródleśnej drogi, gdzie wsadzili do stojących tam trzech ciężarówek. Kazali usiąść na zimnych, oblodzonych deskach podłogi, okrakiem jeden za drugim, a dookoła nich na ławkach usiedli żołnierze z wycelowanymi w nich lufami karabinów z zatkniętymi bagnetami. Skuli im nogi łańcuchami i zawieźli jeszcze nad ranem do Kowla. Dopiero w środku więzienia popuścili im trochę te więzy na rękach, a potem jeszcze pozwolili zdjąć łańcuchy i sznury. Jego i dwóch innych z jego oddziału oraz kilku innych z tego więzienia od razu zapakowali do dwóch ciężarówek, stojących na dziedzińcu. Posadzili w taki sam sposób, jak poprzednio – jeden za drugim. Byli znów skuci łańcuchami, bez wody i jedzenia od poprzedniego wieczoru. Jeszcze przed południem wyjechali z zasypanego śniegiem miasta, opuszczając je przy ładnej słonecznej pogodzie.
Zawieźli ich teraz na południe, jak się potem okazało – do Lwowa. Ironia losu sprawiła, że szybciej tu dotarł, niż było zaplanowane wtedy, gdy wychodzili z leśniczówki. Był bowiem na miejscu tego samego dnia przed północą, a całą drogę aż do nocy spędził w ciężarówce. Zmarzł na kość, a jeden z więźniów miał odmrożone stopy. Dostał po drodze na postoju miskę ciepłej, gęstej zupy, którą zjadał powoli zdrętwiałymi rękami, żeby nie uronić ani kropli. Jeden z żołnierzy dał im z menażki do popicia trochę gorzałki, co niewiele mu dało, bo tylko lekko zwilżył usta. Nie lubił pić alkoholu, co jak na oficera było dość wyjątkowe, ale jego sportowy tryb życia nie sprzyjał popijawom.

Najpierw, od razu po przyjeździe, wsadzili ich do wspólnej celi, gdzie było już wcześniej ze dwadzieścia kilka osób, może nawet więcej. Chyba sami Polacy, „wrogowie ludu” i władzy komunistycznej. Współwięźniowie przyjęli ich dość obojętnie - była już późna noc, część ludzi spała, jeśli miała gdzie. Kilku się z nimi przywitało, nawet się przedstawili, lecz praktycznie nic z tego nie zapamiętał.
-Witajcie, czujcie się jak u siebie – mruknął jeden z więźniów, a drugi dodał:
-Głód, smród, wszy, pluskwy – to nasze największe atrakcje.
Jeszcze do tego, jak się okazało, tłok, leżenie i spanie na ziemi, jeśli było na to miejsce. Niektórzy szczęśliwcy mieli sienniki wspólne na dwóch - trzech, ale ci, co przyszli później, mieli tylko swój płaszcz lub kożuch, jeśli go mieli. Jemu się udało, bo jeszcze miał.
Wciąż kogoś w nocy brali na przesłuchanie, to chyba była ulubiona pora przesłuchań i tortur dla NKWD. Jego wzięli pierwszy raz w nocy po drugim dniu od aresztowania.
Wszedł do celi NKWD-zista i wyczytał:
-Jacek Władimirowicz, Tadeusz Maksymilianowicz … - jeszcze ktoś trzeci i czwarty, nie pamiętał. Jak się okazało, wszyscy z nazwiskami na literę C, Cz i Sz – taki mieli system, porządkowany rosyjskim alfabetem.
Zapisali go tutaj jako Tadeusz Maksymilianowicz Cieżki, z „otczestwem” po ojcu Maksymilianie.
-Kiedy urodzony? – zapytał śledczy. – Dwadcat czetwiortyj oktiabra 1916 goda – powtórzył po tym, jak usłyszał odpowiedź więźnia, a żołnierz protokolant przy bocznym stole zaczął zapisywać ręcznie „zeznania” do protokołu, na kolejnych kartkach.
- Gdzie urodzony? Nakło, województwo pomorskie, obecnie Prusy Zachodnie, Niemcy – sylabizował NKWD-zista.
-Ostatnio zamieszkały? Toruń, województwo pomorskie, obecnie Prusy Zachodnie, Niemcy.
Następne pytania już nie były takie łatwe i nie wiedział, jak na nie odpowiadać, zwłaszcza, że weszli dwaj następni oficerowie NKWD-ziści i jeszcze jeden, potężny osiłek o budowie boksera wagi ciężkiej. Ten właśnie miał się nim zajmować w sposób „indywidualny”.
-Zabiłeś na spółkę z innymi bandytami dwóch żołnierzy Związku Sowieckiego. Będziesz za to rozstrzelany, za ten bandycki napad – padło oskarżenie.
-Nieprawda, nigdy nie zabiłem żadnego żołnierza waszej Armii – odpowiedział, za co otrzymał z tyłu pierwszy cios w kark od „boksera”. Z bólu aż podskoczył na swoim stołku i zaryczał chrapliwie.
-Na ringu nie miałbyś szansy tak mnie bić z tyłu – wycedził po chwili, gdy już doszedł do siebie i obrócił się częściowo w kierunku oprawcy.
-Nie przeżyłbyś trzeciej rundy – dodał, krytycznie oceniając możliwości tamtego. – Jesteś za ciężki i za wolny – wyjaśnił.
„Bokser” zamierzył się do drugiego ciosu, ale oficer powstrzymał go jednym ruchem ręki.
-Chcesz powiedzieć, że znasz się na bokserce? – zapytał. –Nazwisko masz „Ciężki” co wcale nie znaczy, że jesteś ciężki, chociaż rzeczywiście jesteś dobrze zbudowany.
-Po naszej kuracji każdy robi się chudszy i gorzej zbudowany – mruknął drugi oficer do pierwszego i zapalił papierosa. Obaj się roześmiali złowrogo i kazali śledczemu prowadzić dalej przesłuchanie. Po godzinie w pomieszczeniu było ciemno od dymu papierosowego.
-Zabiłeś dwóch żołnierzy Armii Czerwonej w lesie w lubomelskim rejonie, w wołyńskiej obłasti – ponownie oskarżył go śledczy. – 18 lutego 1940 roku, około godziny drugiej w nocy, wspólnie ze swoimi wspólnikami. Wszystkich was sukinsynów aresztowaliśmy i poniesiecie za to wszyscy stosowną karę, wymierzoną w imieniu ludu radzieckiego.
-Czyli zdechniecie, jak inni przed wami i po was. Wy, Polacy, nie macie tutaj szans – zawyrokował oficer.
-To niemożliwe, nikt z waszych wtedy nie zginął. Rozkaz mój wtedy był: strzelać powyżej celów, tylko na postrach – zaryzykował, co spowodowało drugi cios „boksera”, tym razem tuż powyżej prawej nerki. Może nieco mniej dotkliwie to odczuł, bo trochę zdołał się uchylić, dzięki swojemu refleksowi, osiągniętemu po wieloletniej praktyce i doświadczeniu na ringu.
Śledczy też zapalił papierosa i flegmatycznie zapytał:
-Jakim prawem w ogóle kazałeś strzelać do żołnierzy Armii Czerwonej? Za to przestępstwo możesz być powieszony, nawet jeśli nikogo z naszych nie zabiliście, bo nie umiecie nawet dobrze strzelać.
-Jest wojna. Dali nam broń i rozkazali bronić naszego kraju. Wy też byście bronili. Było ciemno, nie widziałem, do kogo strzelamy. Myśleliśmy początkowo, że do Niemców.
„Bokser” znów uznał to za kłamstwo i chciał bić, ale oficer znów go powstrzymał i ruchem ręki polecił śledczemu kontynuować.
-Padła komenda „ruki wwierch” - to jest rosyjska komenda, nie germańska! Kazałeś strzelać do Rosjan, nie do Niemców i wiedziałeś o tym, faszysto i morderco! – wrzeszczał dalej.
-Po tym, po wydanej komendzie dopiero mogliśmy wiedzieć, że mamy przed sobą Rosjan. Przedtem myśleliśmy, że Niemców. Dlatego po waszej komendzie „ruki wwierch” myśmy już wtedy strzelali tylko tak, by nie trafiać waszych. Tylko na postrach, by mieć szansę odejść, uciec.
Na razie dali mu spokój, a śledczy zmienił temat.
-Jaki masz pseudonim?
Nie odpowiedział, za co oberwał od „boksera” w tył głowy.
-Twój pseudonim! Czy „Leszek”? – padło dodatkowe pytanie.
-Nie mam żadnego pseudonimu. Jestem oficerem polskim i biorę udział w wojnie obronnej przeciw armii niemieckiej – padła odpowiedź.
-Przecież wojna jest skończona! Waszej armii już nie ma, tak samo jak i tej waszej zasranej Polski, która zdechła w zeszłym roku! – wrzasnął oficer NKWD.
-Wojna jest skończona? Nic o tym nie wiem. Nie dotarł do mnie żaden rozkaz, że skończona i żeby zakończyć walkę. Dopiero wy mi teraz mówicie, że wojna jest skończona.
Tym razem oficer wstał i wezwał drugiego osiłka. Jak ten tylko wszedł zza drzwi, to razem z „bokserem” poderwali Tadeusza ze stołka, zaciągnęli kilka kroków i sprawnie wyprostowali mu ręce nad głową, sznurami zawiązując je razem do potężnego stalowego haka, umieszczonego w suficie. NKWD-ziści zerwali z jego ciała koszulę i na jego gołe plecy spadło teraz sześć potężnych uderzeń grubym i twardym, metrowym kawałkiem kabla elektrycznego. Ciało wstrząsnęło się w konwulsjach, z gardła wydobył się jęk, długi i chrapliwy.
-Czy twój pseudonim w tej waszej cholernej bandzie to „Leszek”?
Nie odpowiedział, udał, że stracił przytomność. Trzy nowe ciosy kablem nie wywołały już tym razem żadnego jego odgłosu. „Bokser” chlusnął mu w twarz kubeł zimnej wody. Otworzył oczy i nawet się nie otrząsnął, lecz za chwilę przymknął je znowu.
-Wszystko o tobie wiemy, job twoju mać! Wiemy, jaki masz pseudonim, gdzie służyłeś, gdzie się ukrywałeś i jaką masz funkcję w tym waszym bandyckim oddziale! – wrzasnął mu nad uchem oficer.
Tadeusz zwisał bezwładnie, podwieszony do sufitu. Jego silne mięśnie rąk i nóg były wiotkie i nie utrzymałby się w takiej pozycji, gdyby nie sznury, które go trzymały do haka. Nic nie odpowiedział, zamknął oczy jakby znów tracąc przytomność. Nie obudziły go nawet następne uderzenia kablem i drugi strumień zimnej wody na twarz i tors.
Zrobili przerwę w przesłuchaniu, a po odwiązaniu sznura więzień upadł na podłogę. Odeszli na bok, zapalili papierosy. Usiedli przy bocznym stoliku i jeden z nich wyjął karty.
-Noc jest długa, mamy czas – powiedział i rozłożył karty na stole.
Grali kilkanaście minut, rozluźnieni, rozbawieni, w tym czasie osiłki i pozostali dwaj żołnierze także usiedli i zapalili. Potem wrócili do niego ponownie. W słabym świetle czterech żarówek polski oficer nie ruszał się i nie wyglądał dobrze, nawet dla tak zaprawionych w biciu i torturowaniu, jak oni.
-Niemożliwe! Na pewno udaje, job jego mać – zaklął oficer i kopnął go w brzuch. Tadeusz znów nie wydał żadnego odgłosu.
Śledczy podniósł się i z małym zdjęciem kobiety podszedł do leżącego.
-Jak nie będziesz z nami współpracował, to ją tak urządzimy, że już jej nigdy nie poznasz – krzyknął, podtykając mu pod nos zdjęcie. Tadeusz nie zareagował. Mógł jednak nie słyszeć, nie rozumieć, nie rozpoznawać.
Na znak oficera dwóch osiłków podniosło go i posadziło na stołku. Widać, że osunąłby się na podłogę, więc oficer kazał go im przytrzymać. Jeden złapał go za włosy i odciągnął mu głowę do tyłu, a drugi chlusnął na twarz znowu pół wiadra zimnej wody.
Tym razem Tadeusz otworzył oczy i rozejrzał się po swoich oprawcach. Śledczy ponownie podetknął mu zdjęcie i spytał:
-Kto to jest? Czy wiesz, że jak nie będziesz odpowiadał zgodnie z prawdą na nasze pytania, to ją załatwimy, tę twoją zdzirę?
-To moja siostra, starsza ode mnie o dwa lata. Nie żyje już od trzech lat, zmarła na tyfus – skłamał. Jego siostra rzeczywiście zmarła kilka lat temu, ale na zdjęciu wydobytym z jego portfela był ktoś inny.
-To dlaczego masz to zdjęcie tak podpisane: „Ukochanemu T. od L.”? Tak pisze siostra do brata, ty kłamliwa polska świnio? – wyraźnie wściekł się śledczy.
-To jedyne zdjęcie, jakie mi po niej zostało. Ona dała je dużo dawniej Teodorowi, swojemu narzeczonemu, a ten po jej śmierci oddał mi je. Ten jej podpis z tyłu był dla niego i brzmiał: „Ukochanemu Teodorowi od Ludwiki”.
Wszyscy spojrzeli po sobie, a śledczy mruknął:
-Nie sprawdzisz tego… kłamie, albo i nie.
-Skąd znasz się na bokserce? – zapytał oficer, znów zmieniając temat.
-Jestem zawodnikiem wagi półciężkiej, walczyłem w mistrzostwach naszej armii. W zeszłym roku nie przegrałem żadnej walki na ringu. We wrześniu miałem bronić tytułu mistrzowskiego w Wojsku Polskim, ale walki nie odbyły się. Nigdy nie biłem bezbronnego ani nikogo nie uderzyłem z tyłu.
-Nie sprawdzisz tego… - znów orzekł po cichu śledczy. Tadeusz nie był pewien, do czego miało się to odnosić, ale wyczuł w tonie głosu odrobinę respektu wobec tego, co usłyszał od niego śledczy.
Różne pytania padały jeszcze przez ponad trzy godziny. Pytania mądrzejsze i głupsze, związane z wojskiem i z jego życiem prywatnym, ale też takie, że zupełnie nie wiedział, dlaczego je zadano i czego miałyby dotyczyć. Świecili mu lampą prosto w oczy i nie pozwalali się ubrać, chociaż siedząc wpół rozebrany bez ruchu na stołku zdążył dobrze zmarznąć i zaczął się w końcu trząść jak liść na wietrze.
Dwaj oficerowie, jeden śledczy i dwa osiłki wychodzili gdzieś i wracali, jedli, pili, palili papierosy. Pili wódkę, grali w karty, śmiali się, klepali go po plecach i po głowie, dawali nawet kuksańce, ale już go nie bili tej nocy. On cały czas tylko siedział na tym twardym stołku, nic nie pijąc i nic nie jedząc, czasami trzymany za włosy w pozycji wyprostowanej.
Nad ranem, po tym pierwszym przesłuchaniu, kazali mu się ubrać i wepchnęli go z powrotem do celi, gdzie wszyscy twardo spali. Ułożył się na jedynym wolnym miejscu na podłodze przy drzwiach.
Pomimo bólu, pomimo zimna i pomimo pluskiew – natychmiast zasnął, otulony swoim kożuchem.
Z uśmiechem na ustach śnił o Lesi, kobiecie, która była na tamtym zdjęciu z dedykacją, które mu zabrali. W tym śnie trzymała go za ręce i śmiała się radośnie wśród zielonych łąk nad jej ukochaną Zgłowiączką. Jej długie, jasne włosy, wirowały na wietrze w świetle słonecznego popołudnia.

(*) ZWZ – Związek Walki Zbrojnej - Siły Zbrojne w Kraju podczas II wojny światowej, w okresie od 13 listopada 1939 do 14 lutego 1942, a następnie przemianowane na Armię Krajową.

Dodano: 2016-12-09 22:37:29
Ten wiersz przeczytano 547 razy
Oddanych głosów: 6
Rodzaj Nieregularny Klimat Dramatyczny Tematyka Ojczyzna
Aby zagłosować zaloguj się w serwisie
zaloguj się aby dodać komentarz »

Komentarze (10)

Janusz Krzysztof Janusz Krzysztof

Mariat
Ola
Dobrze, że te straszne czasy znamy tylko i dzięki Bogu
z historii. Powinniśmy jednak pamiętać o tych
wydarzeniach, a zwłaszcza o ludziach.
Bardzo dziękuję za wizyty, czytanie i komentarze.
Pozdrawiam.

mariat mariat

Smutne ale czytało się jednym tchem.

(OLA) (OLA)

Nie ukrywam, że te czasy znam tylko i dzięki Bogu z
historii?


Janusz, o tak to były straszne czasy i daj Bóg, aby
nie powróciły…
Dobrze, że czasami ktoś nam o tych czasach przypomina,
abyśmy nie zapomnieli i żeby też nam historii nie
zmieniali jak to często bywa…
I nie mówili nam, że jest dobre zło, zło zawsze jest
złem…


Pozdrawiam jak zawsze serdecznie i uśmiech ślę, Ola:)

Janusz Krzysztof Janusz Krzysztof

Madame Motylek
Staram się nie epatować przemocą i tragedią, jaka się
w rzeczywistości wtedy w Polsce zdarzała na co dzień.
Jednak nie da się tego pominąć milczeniem, jeśli chce
się coś o tych czasach napisać.
Bardzo dziękuję za wizytę, czytanie i komentowanie.
Pozdrawiam dobranockowo.

Madame Motylek Madame Motylek

Straszne czasy. Trudno teraz sobie
to nawet wyobrazić.
Pozdrawiam

Janusz Krzysztof Janusz Krzysztof

Amor
Ta część rzeczywiście jest "mocna", ale to nic w
porównaniu z tym, jak było naprawdę. To, co przeżywali
Polacy (i nie tylko Polacy) pod okupację sowiecką w
latach 1939-1941 jest w niesłychanym stopniu
wypełnione okrucieństwem, bestialstwem i
barbarzyństwem.
Bardzo dziękuję za odwiedziny, czytanie i
komentowanie.
Pozdrawiam.

AMOR1988 AMOR1988

Mocne wydarzenia historyczne.

Janusz Krzysztof Janusz Krzysztof

Anna
Waldi
Trochę nie chronologicznie zacząłem publikować coś o
Tadeuszu. Chyba wszystkim Państwu należy się otrzymać
jakiś kawałek opowieści o nim, co się z nim działo
przez te już niemal 4 lata od początku wojny.
Bardzo dziękuję za odwiedziny, czytanie i
komentowanie.
Pozdrawiam i zapraszam do dalszego czytania.

waldi1 waldi1

dobry kawałek historii .. z przyjemnością przeczytałem
..oby takie czasy nigdy nie wróciły ..

anna anna

Jeden okrzyk wyrywa się z gardła: straszne!! Straszne
to były czasy!

Dodaj swój wiersz

Ostatnie komentarze

Wiersze znanych

Adam Mickiewicz Franciszek Karpiński
Juliusz Słowacki Wisława Szymborska
Leopold Staff Konstanty Ildefons Gałczyński
Adam Asnyk Krzysztof Kamil Baczyński
Halina Poświatowska Jan Lechoń
Tadeusz Borowski Jan Brzechwa
Czesław Miłosz Kazimierz Przerwa-Tetmajer

więcej »

Autorzy na topie

kazap

Ola

Bella Jagódka

AMOR1988

marcepani

(OLA)


więcej »