Wiersze SERWIS MIŁOŚNIKÓW POEZJI GRUPA AUTORÓW BEJ

logowanie
Zaloguj
Nie pamiętasz hasła?
Szukaj

W otchłani zła

Wiatr rozrzuca naokoło zeschnięte liście w trupio-bladej poświacie księżycowej lampy. Stawiam wysoko kołnierz dziurawego płaszcza… Chrzęszczą mi między zębami ziarenka piasku… Stoję przed ogromnymi, drewnianymi drzwiami, jakby stworzonymi dla mitycznych olbrzymów… Muskam palcami zatarte przez czas wyrzeźbione litery… Czytane od góry do dołu ― tworzą słowo:

B
A
E
L*

Poniżej, na wysokości oczu, jest sporych rozmiarów uchwyt, bądź kołatka. Wystaje z rozwartej i pełnej ostrych zębów paszczy jakiegoś drapieżnego zwierzęcia: lwa, tygrysa, pantery? Pociągam silnie zardzewiałe żelastwo… Trzeszczą przeraźliwie zawiasy rozwieranych ciężko podwoi… Falują od nagłego podmuchu zakurzone płótna pajęczyn… Uderza piwniczny chłód… Chłód ziemny, jesienny i zgniły… Spowity półmrokiem długi korytarz, rozświetlony jest tylko płomieniami pojedynczych pochodni… Zdejmuję drżącą ręką jedną z nich, omiatając rozkołysanym, żółtawym blaskiem rozwarte szeroko ramiona potwornego strachu… Łomot serca… Szum wzburzonej krwi… Idę pomiędzy kamiennymi maszkarami o wytrzeszczonych oczach i wyszczerzonych zębach… Wyobrażam sobie, że wyciągają swoje szpony, zaciskając je lodowatą, stalową obręczą wokół mojej szyi… Piskliwy szum rozsadza moją czaszkę... Dobiegają z oddali niewyraźne pogłosy, niby mniszej, szeptanej modlitwy ― zakłócane chrapliwymi, drwiącymi, szyderczymi śmiechami… Przepełnione gruźliczym oddechem basy i falsety… Kaszlące, obrzydliwe beknięcia wymiotujących… Jęki spółkujących dziwek i stękających buhajów… Ryki i warkoty drapieżników… Chropowate szumy, sprzężenia i modulowane piski, jakby stroił ktoś nieustannie radio…
Słabnę. Coś wysysa ze mnie życiodajne soki i wypluwa, drwiąc przy tym i kpiąc. Przechodzi mi po całym ciele dreszcz jak u człowieka, którego toczy śmiertelna gorączka. Wydaje się, że wytrzeszczone oczy maszkar chcą mnie pożreć tym swoim przerażającym spojrzeniem… Rozsadza moje skronie pulsujący ból… Wszystkie te bezeceństwa przytłaczają mnie do ziemi… Upadam, rozbijając sobie nos i wybijając przednie zęby… Latają mi przed oczami eksplodujące gwiazdy... Gubię pochodnię… Podnoszę ją… Cieknie mi po brodzie struga krwawej, spienionej śliny… Charczę, rzężę… Słychać zewsząd coraz głośniejszy żabi rechot…

Jakbym przechodził przez maszynkę do mielenia mięsa… Pełznę, całkowicie zmaltretowany, zbezczeszczony i zhańbiony! Coś przejmuję nade mną władzę… Mości się wewnątrz mojego mózgu obrzydliwy robak! Nie, nie, nieeee!... Ktoś, kto nie doznał patroszenia, nie wie, co to znaczy! Nie wie! JAM JEST KRÓLESTWO! Tak, JAM JEST… Oślizłe, pełzające glizdy, których jedynym celem jest przeżuwanie gówna albo swoich własnych, cuchnących resztek! Nawet nie wiecie, że żrecie siebie nawzajem! Jesteście niczym, niczym… niczyyymmm! Opluwam was cuchnącym szlamem! Spójrzcie! ― Potrafię kręcić głową dokoła szyi, i co? I nic! Jesteście bulgoczącą gnojówką! Ściągajcie portki! Jedynie seks i pieprzenie! Orgia na ołtarzu! Basowe dudnienie… Stukot diablich kopyt… Latam, latam… Laaataaammm bez skrzydeł! Hahahahaha! JAM JEST… Taak, o, taaaak… Rozwieram szeroko swoją paszczę, ukazując kły obwieszone przegniłymi fragmentami lśniących, ludzkich jelit, i których odór jest nie do wytrzymania! JAM JEST… Pieprze te wszystkie wasze wojny, zbrodnie, kłamstwa i cynizm, te wasze artystyczne dzieła… Hahahaha, bowiem to jest nie do pojęcia, kiedy żre gnijące ciało wszelkie robactwo! To jest nie do pojęcia! Alleluja, hosanna, hahahaha! Nie widać mnie w lustrze, nie widać! Hahahaha! Aaa, pissssk, przeraźliwy piiiisk, zgrzyyyyt!!! Przeciągam szponem po szkle, niczym diamentowym ostrzem! Czy potraficie wywrócić na drugą stronę swoje nędzne ciała, wywalając z obrzydliwym mlaśnięciem wszystkie wnętrzności? Kręcę głową dokoła szyi… Aaa, chrzanie was!!! Mogę latać, pełzać, wykręcać tym przejętym ciałem, aż do trzeszczenia rozciąganych ścięgien… O, taaaak, taaaaaaaak!!! Spójrzcie! JAM JEST KROLESTWO!!!
Miotam się! Trzymają mnie straszliwe szpony! Tną ze świstem powietrze! Przecinają skórę… Wytryskuje krew… Wypływają wnętrzności! Rozszarpują moje sterroryzowane ciało ostre, ociekające jadem kły! Nieee! Wkładam palce do ust i wymiotuję… Bueeeee, bueeeeeueeeeuee! Wypełzający wąż wysuwa z sykiem rozwidlony język, szukając zapachowych cząstek… Węszy, węszy… Wciąż węszy… Wypada ze mnie do końca, rozchlapując po podłodze żołądkowe soki i roznosząc dławiący nozdrza odór żółci, ta lśniąca poczwara, ten maszkaron o pozlepianych włosach, ten zmieniający kształty pająkowaty stwór… Obejmuje mnie wieloma odnóżami i próbuje ukąsić, lecz ulega natychmiastowej metamorfozie, chcąc uchwycić szczypcami i ukłuć straszliwym jadowym kolcem… Walczę… Słychać kłapnięcia olbrzymich, podwójnych szczęk o ostrych jak u rekina haczykowatych siekaczach… Jakimś cudem odrzucam to coś od siebie… Pełznę, co sił, pełznę, ciągnąc za sobą wilgotną smugę…
Nareszcie drzwi! Lecz klamka jest zbyt wysoko. Nie dostaję do niej! Nie dostaję! Stękam i jęczę. Błagam o litość. Słyszę, że to coś znowu nabiera rozpędu, unurzane w mieszaninie krwi, wymiocin i rzadkiego kału, jak ta drgająca spazmatycznie kupa gnijącego ścierwa… Nadludzkim wysiłkiem woli chwytam za klamkę, otwieram drzwi i wpadam do środka… Zatrzaskuję je za sobą… Słyszę jak to coś uderza od drugiej strony, wstrząsając nimi raz, drugi… trzeci…

Odzyskuję powoli przytomność. Nie pamiętam za wiele. Co to za miejsce? Gdzie ja jestem, gdzie? Powoli wraca czucie rąk i nóg. Wraca ból złamanego nosa i wybitych zębów… Bolesne pulsowanie potylicy i skroni… ŁUP, ŁUP, ŁUP… ŁUP… Jakby ktoś uderzał mnie wielkim młotem… Siedzę na betonowej podłodze. Widzę ją wyraźnie w drgającym ogniu leżącej opodal pochodni. Widzę te pęknięcia i nierówności… Wstaję powoli, nasłuchując uważnie, lecz nie słyszę niczego innego, poza swoim przyśpieszonym, chrapliwym oddechem… Nawała dźwięku została za drzwiami… Tutaj ― króluje cisza… Przejmująca, grobowa cisza…

Idę niepewnie, oszołomiony… Słyszę każdy swój wielokrotnie spotęgowany krok … W powietrzu czuć nikły zapach chemicznych, szpitalnych odczynników. Widzę przed sobą obskurny korytarz z odpadającą farbą czy tapetą, korytarz bez okien i drzwi… Po jego bokach zieją ciemnymi prostokątami jakieś opuszczone, otwarte pomieszczenia. Kiedy przechodzę obok nich, ogień pochodni oświetla przez chwilę porzucone tam sprzęty. Rozbłyskają ich metalowe lub szklane płaszczyzny, aby zgasnąć i znowu okryć się poza mną nieprzeniknionym mrokiem, jakby w milczących zaświatach. Mijam zdewastowaną salę operacyjną ze stojącym po środku zabiegowym stołem i wiszącą nad nim okrągłą, wielooką lampą. Chrzęści mi pod stopami rozbite szkło. Zawadzam, co chwila o jakieś poplątane kable… ― Wszędzie tylko gruz i biały pył… Wszystko pokryte pyłem… Na ścianach ― coś jak ślady ― rozmazanej krwi…

Mijam kolejną salę… Odpadająca farba zwisa całymi płatami… Ciemnieją brunatne plamy zacieków… Łóżka na kółkach, nieużywane chyba od dziesięcioleci, pokrywają drobne kawałki tynku… Migają mi w drżącym płomieniu ich skorodowane sprężyny i obdrapane ramy. Na jednym z nich, po przeciwległej stronie, leży jakiś ciemny, podłużny kształt… Nie mogę stwierdzić czy to coś żyje, czy jest martwe od dawna. A może to jest… ― Nie, nie wiem, co, ale mam wrażenie, że jest nieruchome i zimne jak głaz… Czymkolwiek jest…

Gdzieś w głębi mrocznego korytarza, trzaskają nagle drzwi, jakby od wielkiego przeciągu. I spada coś z żelaznym łoskotem i pogłosem echa… Spoglądam za siebie, ale nie dostrzegam niczego, poza rozedrganymi cieniami od poruszanego przeze mnie płomienia. A dalej? ― Nic... ― Naraz ― chwyta mnie coś za kark… ― Lodowaty dreszcz przechodzi przez moje ciało, niby prąd… Narasta tsunami obrzydliwych, mlaskających odgłosów, ochrypłych, pełnych szyderstwa i drwin śmiechów… Jest mi słabo… Podłoga ucieka mi spod nóg… Lecę przed siebie, uderzając głową o ścianę… Jęcząc, przywieram do niej, zdzierając palcami, rozbitym nosem i czołem odłażącą farbę… Wdycham jej zatęchły kurz i pył… ― I ten odór gnijącego ciała… ― Mojego? ― Nie-mojego? ― Dłużej tego nie wytrzymam. Chyba wkrótce umrę… Stąpam na czworakach przy ścianie jak jakiś bezpański pies, czując w podbrzuszu silne kopnięcia… ― Chyba wkrótce umrę…

*

Nieprzenikniona ciemność… Jest gdzieś tutaj, tak, gdzieś tutaj… Macam dłonią po omacku… Pochodnia wypaliła się już do cna. Kto tu jest? Czy ktoś tu jest? Wypełza skądś coś zimnego, ogromnego i wrogiego… W tej całkowitej czerni jestem zdany jedynie na słuch. Więc wytężam go, ile mogę… Łomocze mi serce… Chrapliwy oddech rozrywa płuca… Wiem, że jest już blisko… Słyszę, jak węszy…

***

* Bael (bądź: Baal) – w okultyzmie: demon, król piekła. Może się ukazywać pod różnymi postaciami. Jego znakiem rozpoznawczym jest chrapliwy głos.

(Włodzimierz Zastawniak, październik, 2018)

autor

Arsis

Dodano: 2019-09-21 04:18:12
Ten wiersz przeczytano 501 razy
Oddanych głosów: 6
Rodzaj Wolny Klimat Mroczny Tematyka Śmierć
Aby zagłosować zaloguj się w serwisie
zaloguj się aby dodać komentarz »

Komentarze (4)

AMOR1988 AMOR1988

Fascynująca Mroczna i wciągająca opowieść.

użytkownik usunięty użytkownik usunięty

Czyta się tak jakby to były osobiste doświadczenia ...

Kult baala ma się całkiem nieźle w krk
http://romannacht.blogspot.com/2016/05/kult-baala-w-xx
i-wieku.html?m=1

Pozdrawiam :)

promienSlonca promienSlonca

Witaj Arsis.
Niesamowicie sprawna narracja, podziwiam i zachwycam
się lekkością przekazu.
Jesteś wyjątkowy Autorze.:)
Pozdrawiam serdecznie.

anna anna

Mroczno i straszno.
JEDYNE PYTANI KTÓRE MI SIĘ NASUWA TO PO CO PEEL TAM
WCHODZIŁ?

Dodaj swój wiersz

Ostatnie komentarze

Wiersze znanych

Adam Mickiewicz Franciszek Karpiński
Juliusz Słowacki Wisława Szymborska
Leopold Staff Konstanty Ildefons Gałczyński
Adam Asnyk Krzysztof Kamil Baczyński
Halina Poświatowska Jan Lechoń
Tadeusz Borowski Jan Brzechwa
Czesław Miłosz Kazimierz Przerwa-Tetmajer

więcej »

Autorzy na topie

kazap

Ola

Bella Jagódka

AMOR1988

marcepani

anna


więcej »