Wiersze SERWIS MIŁOŚNIKÓW POEZJI GRUPA AUTORÓW BEJ

logowanie
Zaloguj
Nie pamiętasz hasła?
Szukaj
Więcej wierszy na temat: Śmierć

Królestwo demona

Wiatr rozrzuca naokoło zeschnięte liście w trupio-bladej poświacie księżycowej lampy. Stawiam wysoko kołnierz szarego płaszcza, w zębach chrzęszczą mi drobinki kwarcu. Niepokój i strach. Pustka i nicość. Przede mną ciemnieje ogromna bryła jakiejś budowli. Stoję przed wielkimi, drewnianymi drzwiami z żelaznym okuciem i z przytwierdzonymi pionowo literami, które układają się w słowo:

B
A
E
L*

Poniżej, na wysokości oczu, jest sporych rozmiarów uchwyt, bądź kołatka. Wystaje z rozwartej i pełnej ostrych zębów paszczy jakiegoś drapieżnego zwierzęcia: lwa, tygrysa, pantery?
Poprawiam kołnierz płaszcza i pociągam silnie za zimne żelastwo. Trzeszczą przeraźliwie zawiasy otwieranych ciężko podwoi. Falują zakurzone płótna pajęczyn. Owiewa moją twarz piwniczny chłód – chłód ziemny, jesienny i zgniły. Skryty w półmroku korytarz, rozświetlony jest tylko płomieniami pojedynczych pochodni.
Zdejmuję jedną z nich i posuwam się dalej. Krok za krokiem, powoli i niepewnie. Krok za krokiem, narastający, potworny strach. Serce łomocze jak oszalałe, w uszach piskliwy szum. Z obu stron spoglądają na mnie kamienne maszkary o wytrzeszczonych oczach i wyszczerzonych zębach. Widzę w wyobrażeniu jak wyciągają w moją stronę swoje szponiaste ręce, jak chwytają mnie za gardło i duszą. Piskliwy szum narasta w mojej głowie. Słyszę jakieś niewyraźne słowa w zalewie chrapliwego, drwiącego, szyderczego śmiechu. Słowa pojedyncze i wulgarne. Słowa wypowiadane różniącymi się od siebie głosami, jakby przez niewidzialny tłum. Słowa wypowiadane basem. Słowa wypowiadane niemalże falsetem. Słowa wtopione w chrapliwy, gruźliczy oddech. Słowa wtopione w kaszel i obrzydliwe beknięcia. Słowa wtopione w odgłosy wymiotującego człowieka. Słowa wtopione w jęki spółkujących dziwek i stękających buhajów. Słowa wtopione w ryki i warkoty wszystkich zwierząt świata. Słowa wtopione w narastający, chropowaty jak papier ścierny szum i modulowane piski, tak jakby ktoś stroił nieustannie radio. Słowa wtopione we wszystkie obrzydliwości, które spływają wartkim nurtem w rynsztokach…



Jestem coraz słabszy. Z każdym krokiem tracę siły. Coś wysysa ze mnie życiodajne soki i wypluwa je, drwiąc przy tym i kpiąc. Czuję, że chwyta mnie za kark jakaś zimna jak lód szponiasta ręka. Przechodzi mi po całym ciele dreszcz jak u człowieka, którego toczy śmiertelna gorączka. Wytrzeszczone oczy maszkar jeszcze bardziej się na mnie wytrzeszczają, jakby mnie chciały pożreć tym swoim straszliwym spojrzeniem. Dostrzegam niemalże cieknącą pianę z ich otwartych ust. Jeszcze trochę, a je minę, nie, nie daję rady! Ale muszę, muszę, muszę!...



Ohydny gwar wciska się coraz silniejszym strumieniem do mojego mózgu. Rozsadza moje skronie pulsujący ból. Wszystkie te bezeceństwa spadają na mnie, przytłaczają do ziemi. Czuję się tak, jakbym miał na plecach stukilogramowy ciężar, jakby spadały na mnie kamienie. Jeszcze, jeszcze… już niedaleko, jeszcze trochę, wytrzymaj!
Upadam na kolana i twarz, rozbijając sobie nos i wybijając zęby. Przed oczami latają mi gwiazdy. Wypada mi z dłoni pochodnia, lecz ją podnoszę. Cieknie mi po brodzie krew zmieszana z bąbelkami śliny. Charczę, rzężę, jęczę i błagam o litość, słyszę za to coraz głośniejszy, chrapliwy żabi rechot…



Nic nie pomaga, nic… Czuję się tak, jakbym przechodził przez maszynkę do mielenia mięsa… Czołgam się, pełznę… Całkowicie zmaltretowany, zbezczeszczony, zhańbiony i rozbebeszony! Coś przejmuję nade mną władzę, coś rozsiada się w mojej głowie jak jakiś obrzydliwy robak! Nie, nie, nieeee!...
Ktoś, kto nie doznał patroszenia, to nie wie, co to znaczy! Nie wie! JAM JEST KRÓLESTWO! Tak, JAM JEST…, czego wyście się spodziewali, no, czego?! Wijące się i oślizłe glizdy, pełzające robactwo, którego jedynym celem jest wżeranie się w gówno i przeżuwanie czarnej, zgnojonej gleby, przeżuwanie swoich własnych resztek! Nawet nie wiecie, że pożeracie się nawzajem! Jesteście niczym, niczym, niczym! Pluję na was cuchnącą breją! Popatrzcie na mnie, potrafię okręcić głowę dookoła szyi, i co? I nic! Jesteście wylewającą się gnojówką z nieszczelnego szamba! Pluję na was! Jedynie seks i pieprzenie! Rżnięcie do granic wytrzymałości na ołtarzu! Basowe dudnienie, stukot diablich kopyt…Latam, latam, latam… Unoszę się bez skrzydeł! Hahahahaha! JAM JEST… Taak, o taak, zagłębiam się w bulgoczące wymiociny, z których wysuwają swoje rozdziawione paszcze najprzeróżniejsze świństwa i których odór jest nie do wytrzymania jak odór kloaki. JAM JEST… Pieprze te wszystkie wasze wojny, te wszystkie wasze zbrodnie, kłamstwa i cynizm, te wszystkie wasze artystyczne dzieła, hahahaha, bowiem to jest nie do pojęcia, kiedy wżera się w gnijące ciało wszelkie robactwo! To jest nie do pojęcia! Alleluja, hosanna, hahahaha! Nie ma mnie w lustrze, nie ma! Hahahaha! Aaa, pissssk, przeraźliwy piiiisk, zgrzyyyyt!!! Przeciągam szponem po szkle, niczym diamentowym ostrzem! Czy potraficie wykręcać na drugą stronę swoje ciała?! Potraficie jak ja – wywalić wszystkie wnętrzności na zewnątrz!? Okręcam głowę dookoła szyi… Aaa, chrzanie was!!! Mogę latać, mogę pełzać, mogę wykręcać tym przejętym ciałem, aż trzeszczą kości, o, taaaak, aaaaaaaa!!! Popatrzcie na mnie! JAM JEST KROLESTWO!!!



Wyrywam się, wyrywam! Trzymają mnie straszliwe szpony! Chlastają mnie, tnąc ze świstem powietrze! Przecinają moją skórę, z której wytryskuje krew i wypływają wnętrzności! Wbijają się w moje sterroryzowane ciało potworne paszcze pełne ostrych i ociekających jadem zębów! Nieee! Puszczajcie mnie! A raczej puszczaj, ty wstrętny demonie o wielu ohydnych twarzach! Muszę spojrzeć ci w oczy! Ty hydro, ty władco mroku, władco piekła! Napuszczasz na mnie swoich sługusów, zapchlonych, zarobaczonych, trędowatych… nieee… Puszczaj mnie, ty wstrętna kreaturo wszechrzeczy!
Wkładam palce do ust i zmuszam się do wymiotów. Z ust wypełza mi wąż i rozdziawia swoją paskudną gębę z rozwidlonym językiem, aż po samą gardziel! Bueeeee, bueeeee! Wypada ze mnie z obrzydliwym mlaśnięciem, wyślizguje się ze mnie ta lśniąca poczwara, ten maszkaron o pozlepianych włosach, ten zmieniający kształty pająkowaty stwór. Obejmuje mnie odnóżami i próbuje ukąsić. Zmienia się w mgnieniu oka, chcąc mnie chwycić szczypcami i ukłuć swoim straszliwym jadowym kolcem… Szamoczę się z tym czymś… Słychać tylko kłapnięcia olbrzymich szczęk z ostrymi jak u rekina zębiskami… Jednak w trakcie kolejnej przemiany odrzucam to od siebie najdalej jak się tylko da… i czołgam się, co sił, czołgam się… uciekam...



Nareszcie drzwi! Lecz klamka jest zbyt wysoko. Nie dostaję do niej! Nie dostaję! Stękam i jęczę. Błagam o litość. Słyszę, że to coś znowu nabiera rozpędu na swoich wielu odnóżach! Jestem cały umazany we krwi, w wymiocinach, odchodach i innym cuchnącym plugastwie…Jestem jak to rozkładające się mięso. Jestem jak ta drgająca w ostatnich spazmach kupa gnijącego ścierwa…
Nadludzkim wysiłkiem woli chwytam za klamkę, otwieram drzwi i w ostatniej chwili wtaczam się do środka…Zatrzaskując je za sobą, słyszę jak to coś uderza w nie od drugiej strony z obrzydliwym plaśnięciem…
Wtaczam się w ciemność… w całkowicie odmienną rzeczywistość…



Obraz stopniowo się przeciera. Odzyskuję powoli przytomność. Nie pamiętam za wiele. Co to za miejsce? Gdzie ja jestem, gdzie? Powoli wraca czucie w kończynach. Powoli wraca ból złamanego nosa i wybitych zębów. Powoli wraca bolesne pulsowanie w skroniach. Leżę na betonowej podłodze. Widzę ją wyraźnie w drgającym płomieniu leżącej opodal pochodni. Podłoga zdążyła się już w jego bezpośrednim pobliżu spiec, pokrywając się okręgiem brunatnych bąbli. Widzę te pęknięcia i nierówności. Powoli wstaję. Wstaję z wielkim, wielkim trudem. Jestem na kolanach. Jedna noga, teraz druga… i – nie słyszę niczego innego, poza swoim przyśpieszonym oddechem. Nawała dźwięku została za drzwiami, została daleko za mną. Tutaj świdruje za to moje uszy cisza, przejmująca, grobowa cisza.



Idę niepewnie z chwiejącą się w dłoni pochodnią. Doskwiera mi ból. Słyszę każdy swój krok, krok wielokrotnie spotęgowany. Jestem w obskurnym korytarzu z odpadającą farbą czy tapetą, korytarzu bez okien, z otwartymi drzwiami do ciemnych, bocznych pomieszczeń. Idę niepewnie, zaglądając do każdego z nich. Kręci mi się w głowie. W powietrzu czuć nikły zapach jakichś chemicznych, szpitalnych odczynników. Ogień pochodni oświetla na moment porzucone sprzęty. Rozpłomieniają się ich krawędzie, aby zgasnąć i zatopić się za mną ponownie w nieprzebytym mroku, jakby w zaświatach. Mijam opuszczoną, zdewastowaną salę operacyjną ze stojącym w jej centrum zabiegowym stołem i wiszącą nad nim okrągłą, wielooką lampą. Chrzęści mi pod stopami rozbite szkło. Zawadzam, co chwila o wijące się, poplątane kable. I gruz, wszędzie gruz i białawy pył…wszystko pokryte pyłem…na ścianach, tak jakby ślady rozmazanej krwi…



Mijam kolejną salę. Odpadająca całymi płatami farba z sufitu i ścian. Ciemne plamy zacieków. Łóżka na kółkach i bez materacy, dużo łóżek, a wszystkie są zardzewiałe i nieużywane chyba od kilkudziesięciu lat. Migają mi w drżącym płomieniu ich skorodowane sprężyny i ramy. Na jednym z nich, po przeciwległej stronie pomieszczenia, leży jakiś ciemny, podłużny kształt. Nie jestem w stanie ocenić czy to coś żyje, czy jest martwe od dawna. A może to jest…nie, nie wiem, co… ale wydaje mi się, że to coś jest nieruchome i zimne jak głaz…to coś, cokolwiek to jest, z tego czy nie z tego świata…



Gdzieś w korytarzu, daleko za mną, zatrzaskują się nagle drzwi, tak jakby od wielkiego przeciągu. I spada coś z żelaznym łoskotem i pogłosem echa. Odwracam się, ale nie dostrzegam niczego, poza rozedrganymi cieniami w świetle poruszonego płomienia. A dalej mrok, nic...
I znowu chwyta mnie coś za kark. Dreszcz lodowaty. Piskliwy szum. I znowu słowa, słowa, słowa w narastającym zalewie obrzydliwych, mlaskających odgłosów… Znowu wdziera się do mojego mózgu ten ochrypły śmiech, ten pełen szyderstwa i drwin śmiech… Chwieję się i lecę przed siebie, ponieważ kolana są jak z waty. Lecę prosto na ścianę. Amortyzuję upadek, rozczapierzając dłonie, lecz i tak uderzam boleśnie o nią czołem i złamanym nosem. Krzyczę, co za ból! I tak przywarty zsuwam się powoli, zdzierając palcami, rozbitym nosem i czołem farbę czy tapetę. Wdycham zatęchły jej odór, kurz i bród… Osuwam się na kolana. I znowu ten chropowaty, piskliwy szum! I te głosy bluźniercze, ohydne, wulgarne… I znowu pędzą wartkim strumieniem jak w rynsztoku… i znowu ten potworny odór rozkładającego się ciała, mojego? Nie-mojego? Dłużej tego nie wytrzymam. Chyba wkrótce umrę, skonam. Pełznę na czworakach przy ścianie jak jakiś bezpański pies. I czuję, jakby mnie ktoś uderzał kijem po grzbiecie, i pastwił się nade mną… Chyba wkrótce umrę, nie ujrzawszy rozgorzałych do czerwoności oczu, rozgorzałych oczu…



Jest gdzieś tutaj, tak, gdzieś tutaj…Macam dłonią w po omacku w ciemności. Pochodnia wypaliła się do cna, choć tli się jeszcze i syczy. Ktoś tu jest? Czy ktoś tu jest? Słyszę, że coś ciężkiego przesuwa się obok mnie. Przesuwa się z wielkim mozołem, coś ogromnego i nie nastawionego przyjaźnie, raczej wrogo. Przesuwa się obok, tak, słyszę wyraźnie ten dźwięk. W tej całkowitej ciemności jestem zdany jedynie na słuch. Więc wytężam go na ile mogę. Jest wyostrzony. Poza tym nieustannym przesuwaniem, nie słyszę więcej nic. Jedynie mój chrapliwy oddech i łomotanie serca. I znowu to coś się zbliża, zatrzymuje i oddala. Wsłuchuję się, wsłuchuję, wsłuchuję, wsłuchuję…

(Włodzimierz Zastawniak, październik, 2018)

***

* Bael (bądź: Baal) – w okultyzmie: demon, król piekła. Może się ukazywać pod różnymi postaciami. Jego znakiem rozpoznawczym jest chrapliwy głos.


autor

Arsis

Dodano: 2019-09-21 04:18:12
Ten wiersz przeczytano 357 razy
Oddanych głosów: 6
Rodzaj Wolny Klimat Mroczny Tematyka Śmierć
Aby zagłosować zaloguj się w serwisie
zaloguj się aby dodać komentarz »

Komentarze (4)

AMOR1988 AMOR1988

Fascynująca Mroczna i wciągająca opowieść.

mily mily

Czyta się tak jakby to były osobiste doświadczenia ...

Kult baala ma się całkiem nieźle w krk
http://romannacht.blogspot.com/2016/05/kult-baala-w-xx
i-wieku.html?m=1

Pozdrawiam :)

promienSlonca promienSlonca

Witaj Arsis.
Niesamowicie sprawna narracja, podziwiam i zachwycam
się lekkością przekazu.
Jesteś wyjątkowy Autorze.:)
Pozdrawiam serdecznie.

anna anna

Mroczno i straszno.
JEDYNE PYTANI KTÓRE MI SIĘ NASUWA TO PO CO PEEL TAM
WCHODZIŁ?

Dodaj swój wiersz

Ostatnie komentarze

Wiersze znanych

Adam Mickiewicz Franciszek Karpiński
Juliusz Słowacki Wisława Szymborska
Leopold Staff Konstanty Ildefons Gałczyński
Adam Asnyk Krzysztof Kamil Baczyński
Halina Poświatowska Jan Lechoń
Tadeusz Borowski Jan Brzechwa
Czesław Miłosz Kazimierz Przerwa-Tetmajer

więcej »

Autorzy na topie

kazap

Ola

Bella Jagódka

AMOR1988

marcepani

(OLA)


więcej »