Wiersze SERWIS MIŁOŚNIKÓW POEZJI GRUPA AUTORÓW BEJ

logowanie
Zaloguj
Nie pamiętasz hasła?
Szukaj

Tatiana

Stoję na wprost falujących kłosów zboża. Niebo jest niepokojąco ciemne; nie wiadomo czy od burzowych chmur, czy za sprawą czerni bezgwiezdnej nocy. Kłosy zboża falują łagodnie, oświetlane słabym i drżącym blaskiem palących się w otwartych oknach samotnego domu świec. Nie, to nie kłosy, tylko spalone kikuty drzew albo wyrastające z ziemi ubłocone ręce tysięcy martwych ludzi. Krople wosku ściekają na drewniane parapety. I ściekają dalej, zastygając w powietrzu niczym miniaturowe sople. To jest chyba dom moich umarłych przed dziesięcioleciami dziadków, którzy już dawno starli się na proch, rozsypali się w pył. Nie wiem tego na pewno. W ogóle wszystko tutaj jest jakieś niepewne i dziwne. Raz coś jest, a za chwilę już tego nie ma. Wydaje mi się, że dostrzegam kątem oka jakiś nieznaczny ruch – tuż obok, dalej i nigdzie, ruch raczej symboliczny, jakby jakiś zbłąkany duch chciał przemieścić się w tajemnicy przed światem – niezauważalnie i chyłkiem. Odwracam się, lecz nic, to tylko wewnątrz opuszczonego domu majaczą cienie na suficie i ścianach. Czuję ni to ciepły oddech lata, ni to tchnienie jesiennego rozkładu. Jest takie milczenie wokół. Nic, tylko narastający, astmatyczny świst mojego oddechu roznosi się po okolicy. Znowu mnie zatyka w piersiach. Znowu mam problemy z nabraniem powietrza. Znowu zaczyna mi łomotać serce. Dreszcz przechodzi mi po plecach od nagłego przeciągu.
Dostrzegam na progu jakiś podłużny przedmiot. Leży w półcieniu uchylonych drzwi niczym porzucony szaro-brunatny płaszcz czy worek. Podchodzę bliżej. Trącam go niepewnie stopą, która niespodziewanie grzęźnie mi z trzaskiem w spróchniałym wnętrzu. Coś się odrywa, wtaczając się z przytłumionym podźwiękiem w głąb pokoju po drewnianej podłodze. Zatrzymuje się przed rzędem wzruszonych nagle płomieni świec, rzucając ruchliwy cień na przeciwległą ścianę, jakby nagle ożyło. Pochylam się. Pochylam się jeszcze niżej, słysząc coraz intensywniej ten nieustanny szum zmieszany z piskiem. Bolesne pulsowanie trawiącej mnie gorączki rozsadza mój mózg. Zimne krople potu zaczynają mi ściekać po skroniach i karku, bowiem wpatrują się we mnie czarne oczodoły rozsypującego się truchła…mojego własnego truchła.

Budzę się z przerażeniem i krzykiem, słysząc w tle brzęk rozbijającego się szkła. Leżę w swoim łóżku w pomiętej pościeli. Przez okno wpada szare światło poranka. Jestem cały spocony. Dobiega skądś do moich uszu czyjś pijacki bełkot. Przez chwilę mam jeszcze mętlik w głowie, lecz po chwili zrywam się z łóżka i jeszcze mętny biegnę na bosaka do drugiego pokoju. Uderza mnie w nozdrza ostra woń alkoholu i wymiocin. Przy stole śpi ojciec. Jego ułożona nisko głowa opiera się na wyprostowanej ręce, druga zwisa z blatu. Ojciec leży twarzą w wymiocinach i krwi. Przed nim stoi opróżniona do połowy butelka wódki i przewrócona szklanka. Na podłodze obok stołu lśnią kawałki rozbitego szkła w rozrastającej się powoli plamie alkoholu.
Siadam w kucki w przeciwległym kącie pokoju, opierając się o ścianę. Patrzę na ojca, a raczej na jego wrak. Siedzi na tle odpadającej i brudnej tapety. Tuż nad nim, wśród falujących pajęczyn, zwisa na cienkim kablu paląca się wciąż żarówka, która daje już tylko słabe, obskurne światło. Nie chcę jej wyłączyć, niech się wypali do końca. Przecież nikt nie przyjdzie do tego domu na pustkowiu. Odkąd pamiętam, to nikt prawie tu nie zaglądał, a mam dwadzieścia lat, nikt, poza przychodzącymi od czasu do czasu żołnierzami, którzy informowali nas, abyśmy pozostawali w domu tego a tego dnia z powodu odbywających się ćwiczeń na pobliskim poligonie. Ojciec pił z nimi zawsze wódkę. Ostatni raz przyszli wczoraj. Byli w ciemnozielonych mundurach z brązowo-brunatnymi, nieregularnymi plamami. Mieli też brązowe hełmy z czerwoną gwiazdą, zabłocone brązowe buty z cholewami do kolan i przewieszone przez plecy pepesze. Mówili ojcu o jakiejś Tatianie. Nie wiedziałem, w czym rzecz, bo co ma wspólnego z ćwiczeniami na poligonie wojskowym jakaś tam Tatiana. Ale teraz już wiem. Żołnierze nie chcieli z początku nic powiedzieć, bo twierdzili, że to tajemnica, ale po kilku głębszych wspomnieli półgębkiem o jakiejś nowej bombie oraz to, że już jutro o godzinie 9.54 będzie na poligonie tak gorąco jak wewnątrz słońca, a ćwiczeniom będzie się przyglądał sam marszałek Związku Radzieckiego. Cóż za zaszczyt! Faktem jest, że od kilku tygodni przelatują nad naszym domem pomalowane na biało bombowce, robiąc tymi swoimi turbośmigłowymi silnikami mnóstwo basowego, dudniącego hałasu, przygotowując się do wielkiego wydarzenia. Przelatują na niskim pułapie, tak, że można rozpoznawać numery na ich skrzydłach. Zawsze, kiedy słyszę jak się zbliżają, to wybiegam przed dom i patrzę na te lśniące w blasku wschodzącego słońca skrzydła. Ale dzisiaj jest niestety szaro i nie będzie lśnienia.
Słyszę jak się zbliżają. Zrywam się na równe nogi i wybiegam przed dom. Zbliżają się od wschodu i zaraz będą nade mną. Ale niczego nie widzę, poza nieprzeniknioną powłoką deszczowych chmur. Basowy odgłos silników przybiera na sile. Czuję wibrację. Szyby wchodzą w rezonans. Zaglądam przez nie w obskurne światło pokoju, widząc za to kompletnie zalanego ojca. Boję się, że się przebudzi. Nie chcę, żeby się przebudził. Przewrócona szklanka stacza się na podłogę, rozbija się z brzękiem w drobny mak. Odwracam się. Basowy odgłos stopniowo zanika. Zawsze leciały w kluczach po, trzy, ale dzisiaj był chyba jeden. Wpatruję się teraz w ten nasiąknięty zgnilizną zielono-brunatny step, ciągnący się aż po zamglony horyzont. Gdzieś w oddali rozchodzą się jeszcze jakieś pojedyncze, milknące dudnienia. Zapada cisza. Z głębi domu dobiega mnie pijacki bełkot ojca. Kłóci się z kimś przez sen, że ten zajął jego miejsce przy oknie i że nie będzie mógł nic zobaczyć. Szarpie się i przeklina. Słyszę tępe uderzenie, jakby upadł na podłogę worek kartofli. Wbiegam do pokoju i widzę leżącego na niej ojca. Nie będę go wlókł do łóżka. Nie mam już sił. Niech leży. Zjem sobie na śniadanie suchy kawałek chleba, a potem popatrzę przez okno na zamglone pola w oparach alkoholowego smrodu. I będę patrzył tak długo, aż wytrzeźwieje i aż się znowu upije. Będę patrzył tak długo, aż ujrzę lśnienie skrzydeł na tle błękitnego nieba. Potem wyjdę na zewnątrz, by im znowu pomachać, tak jak to robi infantylne dziecko.
Co będzie jutro? Jutro będzie to samo, co dziś i to, co było wczoraj i przedwczoraj. Ludzie mają racje, że tu nie zaglądają, nie licząc żołnierzy. Zresztą nawet jak i oni tu przychodzą, to cały czas siedzę u siebie w pokoju, nie pokazując się im wcale na oczy. Cóż takiego ludzie mogliby zobaczyć? Zobaczyliby jedynie moją odrażającą, zdeformowaną twarz. Wyglądam jak potwór, bo jestem potworem. Wiem, że ojciec się mnie wstydzi, dlatego pije na umór. Jestem jego ciężarem, jego niepełnosprawnym, niezdatnym do samodzielnego życia ciężarem, roznoszącym do tego nieznośny odór gnijącego mięsa. A matka? Odkąd pamiętam, to tylko byłem z ojcem. Ojciec nigdy mi nie opowiadał o matce. I odkąd pamiętam, tylko pił.

Kolejny dzień otwiera przede mną bezsens i beznadziejność. Nic mi się tym razem nie śniło. Patrzę na falujące, zwisające z sufitu płachty czarnych pajęczyn. Na ścianie wisi poplamiony kalendarz z wizerunkiem grającego na trąbce małego pioniera. Dzisiaj jest 14 września 1954 roku. Zwlekam się z cuchnącego barłogu. Przez okno dostrzegam przygarbionego ojca, który idzie piaszczystą drogą, utykając na lewą nogę. Powiedział, że idzie kupić chleb i masło. Ubrał się odświętnie w swój jedyny garnitur i nawet ogolił. Dzisiaj jest trzeźwy. Przed wyjściem obiecał mi, że nie będzie więcej pił. Obiecał, że wróci za kilka godzin. Ale ja wiem, że nie wróci. Wiem, że widzę go ostatni raz. Wiem, że zaleje się tym razem na śmierć. Widzę jego oddalającą się powoli pochyloną do przodu czarną sylwetkę. Zmniejsza się coraz bardziej na tle widnokresu, aż wreszcie znika za niedużym wzniesieniem, zostawiając mnie samego, całkowicie samego.
Popatrzę sobie przez okno, niedługo powinny przelatywać moje lśniące samoloty. Dzisiaj jest pogodnie. Pomarańczowe słońce wznosi się coraz wyżej nad horyzontem. Jego ostre promienie wpadają ukośnie przez okna, tworząc na podłodze przekrzywione prostokąty. Wychodzę przed dom, ponieważ chcę poczuć na twarzy to kojące ciepło. Zamykam oczy i rozkładam szeroko ręce. Stoję nieruchomo, jak posąg. Łagodny wiatr rozwiewa mi włosy. Jest absolutna cisza. Słyszę tylko swój świszczący oddech i bicie mojego serca. Niedługo powinienem usłyszeć lśniące samoloty. Za parę chwil. Za chwilę. Tak, słyszę w oddali narastający, znajomy dźwięk! Słyszę wyraźnie jak się przybliża! Żołnierze mówili, żeby na czas testu nie wychodzić dzisiaj z domu. Basowy odgłos coraz bardziej nabrzmiewa. Czuję go już w kościach. Czuję go już całym sobą. Wiem, że ojciec zostawił mnie na pastwę losu. Opuścił zawczasu zagrożony teren i sprawił, że jestem jedynym świadkiem nadciągającej śmierci! – Cóż za widok! Widzę ją jak pędzi na lśniących skrzydłach, jak lśni w blasku wschodzącego słońca! Basowe dudnienie przeradza się w warkot, choć samolot znajduje się na zdecydowanie wyższym pułapie niż zazwyczaj. Lśniąca na pomarańczowo śmierć przelatuje właśnie nade mną, ciągnąc za sobą białe smugi kondensacyjne. Oddala się powoli na zachód. Za pięć minut ma nastąpić detonacja czegoś potwornego. Pamiętam jak mówili o tym żołnierze. Mówili, żeby nie patrzeć w stronę poligonu, bo oślepniemy…Jeszcze tylko cztery minuty…Słyszę tykanie ściennego zegara. Słyszę coraz głośniejsze odmierzanie czasu. Basowy warkot silników nieco przycichł. Zegar tyka coraz głośniej…Jeszcze tylko trzy minuty…Czuję na twarzy ciepły powiew pogodnego poranka. Już niedługo…Już tylko dwie minuty…Widzę teraz w wyobraźni uśmiechniętego ojca, jak mi macha na pożegnanie i znika za wzniesieniem z uniesioną ręką…Jeszcze tylko minuta…Cóż jeszcze można wspomnieć przez minutę? Przez sześćdziesiąt sekund? Już tylko pięćdziesiąt dziewięć, pięćdziesiąt osiem…Wskazówki przesuwają się z coraz głośniejszym tykaniem, jakby to były wskazówki jakiegoś gigantycznego zegara…TIK-TOK, TIK-TOK, TIK-TOK…Tykanie przeradza się w uderzenia żelaza w żelazo z pogłosem echa, ale skąd zegar? – Nie, to przecież nie zegar, to woda kapie z nieszczelnego kranu do pokrytego rdzawym nalotem zlewu…pięćdziesiąt jeden, pięćdziesiąt, czterdzieści dziewięć, czterdzieści osiem, czterdzieści siedem…Co właściwie zapamiętałem z życia? Brunatno-zielony step widziany prze okno? Pijanego wiecznie ojca? Falujące pajęczyny za suficie i ścianach? Przychodzących czasami żołnierzy?...Czterdzieści, trzydzieści dziewięć, trzydzieści osiem, trzydzieści siedem, trzydzieści sześć, trzydzieści pięć…Jest cicho jak przed burzą…trzydzieści, dwadzieścia dziewięć, dwadzieścia osiem, dwadzieścia siedem…Jest mi dobrze. Wiem, że tam jest wieczne lato. Tam jest słońce i przelatujące w jego promieniach lśniące ptaki. Czego chcieć więcej?…dwadzieścia, dziewiętnaście, osiemnaście, siedemnaście, szesnaście, piętnaście…Patrzę teraz na płynące pojedyncze obłoki, na te zmieniające się kształty…dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć…Spoglądam po raz ostatni na piaszczystą drogę i na płaski jak stół trawiasty krajobraz, tam, gdzie poleciał mój lśniący ptak…trzy, dwa, jeden…
Nieeeeeee! Moje oczyyy!! Momentalnie ślepnę. Słyszę narastający grom, jakby tysiąc odrzutowców runęło do frontalnego ataku na niskim pułapie. Ziemia się trzęsie. Ścina mnie z nóg. Zakrywam dłońmi płonące oczy. Czuję, że palą mi się również włosy i skóra. Trzask rozpadającego się domu ginie w huku potwornej fali uderzeniowej, która uderza i we mnie – z siłą rozpędzonego pociągu.

(Włodzimierz Zastawniak)

autor

Arsis

Dodano: 2019-08-22 02:51:29
Ten wiersz przeczytano 220 razy
Oddanych głosów: 3
Rodzaj Wolny Klimat Dramatyczny Tematyka Śmierć
Aby zagłosować zaloguj się w serwisie
zaloguj się aby dodać komentarz »

Komentarze (3)

promienSlonca promienSlonca

Witaj Arsis.
To co przeczytałam, to istna tragedia, dramat, pełen
koszmarów.
Niesamowite odczucia, mnie, jako czytelnika, wcisnęły
w ten dramat.
Napisz coś, pozytywnego, jaśniejszego.:)
Pozdrawiam serdecznie.

brysiu brysiu

Ufff...przebrnąłem. Na tak.

krzemanka krzemanka

Wciągająca, ponura opowieść dzięki której dowiedziałam
się co nieco o manewrach "Snieżok", przeprowadzonych w
ZSRR w 1954 roku. Pozdrawiam autora:)

Dodaj swój wiersz

Ostatnie komentarze

Wiersze znanych

Adam Mickiewicz Franciszek Karpiński
Juliusz Słowacki Wisława Szymborska
Leopold Staff Konstanty Ildefons Gałczyński
Adam Asnyk Krzysztof Kamil Baczyński
Halina Poświatowska Jan Lechoń
Tadeusz Borowski Jan Brzechwa
Czesław Miłosz Kazimierz Przerwa-Tetmajer

więcej »

Autorzy na topie

kazap

Ola

Bella Jagódka

AMOR1988

marcepani

magda*


więcej »